Poranki z pasterzami

Rumuńskie pola to idealne miejsce by chwilę zapomnieć o cywilizacji i ludziach otaczających nas codziennie, po wieczornym ognisku zbieramy resztę patyków na rano i zasypiamy. Rankiem budzi nas jakieś dzwonienie, lekko zdziwieni zastanawiamy się kogo niesie w tak odległe od najbliższych wsi pola. Justyna wygląda z namiotu i oznajmia, że stado baranów idzie prosto na nas. Po chwili dźwięki dzwonka były coraz głośniejsze – to baran „zamek” czyli ostatni ze stada który zamyka pochód. Okazało się iż ta bestia zabrała się za wyjadanie liści z naszego ogniska.

Rumunia - baran wyjada nam liście z ogniska Po chwili za stadem spokojnie dochodzi do nas pasterz owych owieczek. Nawiązujemy konwersacje, jednak język rumuńsko/rosyjsko/polski nie jest za spójny więc po wymianie kilku zdań radośnie przyglądamy się jak reszta stada dobiera się do naszych liści. Stado przeszło jak szarańcza ;-)

Ruszamy w dół, oczywiście by jak najszybciej dotrzeć do Gruzji. Słońce przygrzewa masakrycznie, będzie z 30st. Jak dla nas to już temperatury graniczne. Obrana trasa omija jednak w większości czarny i nieprzyjemny asfalt wybierając dużo przyjemniejsze szutry przez rumuńskie wioski i góry.

Rumunskie szutry

Rumunskie szutryDroga czasami jest (jak na powyższych obrazkach widać), czasami jej nie ma i posiłkujemy się GPSem. Ogólnie okazuje się, że Rumunia to całkiem przyjemne miejsce. Kolejny nocleg znów spędzamy w Rumuni – tym razem w lesie.

Rankiem ruszamy już z nadzieją dotarcia do Turcji. Co jakiś czas otaczają nas pola słoneczników – takie aż po horyzont. Widać tutejsze gospodynie bardziej cenią sobie olej słonecznikowy nad rzepakowy.

Rumunia - słonecznikiI tak aż do granicy z Bułgarią. Przeprawa odbyła się szybko, wzięli nasze paszporty, spojrzeli, zapytali czy z Polski i puścili dalej, żadnych kontroli czy temu podobnych. Za granicą nabywamy winietkę i ognia na południe. Mały kraj to i szybko pójdzie przeprawa. Po drodze mijamy miasta które zabudować przypominają stary Ruszaj w Krakowie. No może taki trochę podniszczony.

Wjazd do Bułgarii

Bułgaria - blokowiska Na bułgarskich drogach szybko mija nam czas i wieczorem stajemy na granicy z Turcją.  Kolejka mniejsza niż na Ukrainę w sezonie. TIRy stoją już trzy kilometry przed granicą, mijamy je wszystkie i dojeżdżamy do przejścia. Bułgarzy odprawili nas szybko, pozbywając się balastu. Przed nami widzimy kilka samochodów które wypakowują manele z środka. No nic trzeba będzie pewnie uczynić to samo. Ku naszemu zdziwieniu na widok turystów z Polski puszczają nas bez problemu dalej … no z tym bez problemu to nie tak do końca bo na granicy okazało się, że nasza zielona karta nie obejmuje Turcji i trzeba dokupić sobie ubezpiecznie. Jak już uporaliśmy się z formalnościami na zewnątrz było ciemno. W sumie to nie bardzo wiadomo co robić więc ruszamy powoli rozglądając się za jakimiś bocznymi polnymi drogami. Po paru kilometrach skręcamy w bok gdzie przez łąki i pola (jak kiedyś fasola) wjechaliśmy w jakiś zagajnik.

Po rozłożeniu namiotów, odpędzeniu się od komarów idziemy spać. W oddali słychać śpiew muezina, ehhh miejmy tylko nadzieję, że nie będzie za długo się rozśpiewywał :)

Rankiem obudził nas znany z Rumuni miły dźwięk dzwonków. Okazało się. że znów mamy szczęście do hordy baranów i pasterza. Ten pomimo zaczepek jakoś obawiał się konwersacji – był chyba lekko zdziwiony obecnością kogokolwiek w tym rejonie.

Patrząc na mapę Turcji, można by pomyśleć, że za granicą to od razu do Istambułu trzeba dojechać, ale nie … przed Istambułem od strony morza czarnego Turcję pokrywają lasy – karłowate dęby. Lasy te są poprzecinane dziesiątkami szutrowych dróg, z których to postanowiliśmy skorzystać by jak najszybciej dostać się nad morze.

Tureckie szutry

Śniadanie "po turecku"Odwiedzamy przy okazji nadmorskie miejscowości, gdzie chyba tylko Turcy przybywają na wypoczynek. Gdzie się nie pojawiliśmy wzbudzaliśmy ogólną sensację, nie mówiąc już o jednym portowym miasteczku gdzie jakaś kobita jak się dowiedziała, że jesteśmy z Polski to zaczęła roztaczać jakieś piękne wizje i opowieści. No cóż z wariatami się nie dyskutuje więc się zmyliśmy w poszukiwaniu lokalnych przysmaków kulinarnych.

Nad morzem spędziliśmy z pół dnia. Dotarliśmy na jakąś pół-dziką plażę gdzie między paroma osobami i wylegującymi się krowami skorzystaliśmy z okazji by się odświeżyć i poszaleć w wodzie.

A propo krów to te którym było gorąco (a gorąco było) zażywały kąpieli w przydrożnych rzeczkach.

facebook_20140805_009

Wysiedzieliśmy nad morzem prawie cały dzień, ale co tu można dalej robić. Postanawiamy ruszyć do Istambułu. O drogach tureckich krążą legendy a o samym Stambule to już w ogóle można się nasłuchać opowieści … ale to już w następnej części relacji – takiej bardziej cywilizowanej.

Na południe – gdzie nas oczy poniosą

Nadeszły długo oczekiwane wakacje. Nie ma co ukrywać ale wyjechać nam w tym roku było naprawdę trudno. Pierwszy plan zakładał objazd Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Po rozeznaniu się w środowisku okazało się, że może i Gruzja ładna ale strasznie tam tłoczno od naszych rodaków. Skoro nie zakałkazie to kolejnym celem była Czeczenia i Dagestan. Los sprawił, że dzień przed złożeniem wniosku wizowego do Rosji zgubiłem dokumenty – no nic trzeba obrać inny kierunek. W tym czasie dokumenty się znalazły – niestety wiz już nie wyrobimy. No to powrót do planu nr 1. Tu znów na nosie zagrał nam czas zabierając tydzień z cennego urlopu.

I co tu robić ?
Pozostało nam jedno – spakować manele i pojechać w kierunku który obraliśmy – południowy wschód. Pewnie się zastanawiacie dlaczego południe, przecież my nigdy nie jeździmy tam gdzie jest gorąco. W tym roku jednak nasze pociechy dokonały buntu i stanowczo zaprotestowali nad wakacjami gdzie temperatura jest bliska zeru. Ale wracając do naszej drogi. Jedziemy w kierunku … no właśnie tego do końca jeszcze nie wiemy. Dzisiaj dojechaliśmy w rumuńskie pola. Miejsce na nocleg miało być koło jakiejś wody by się trochę domyć niestety “rzeczka” okazała się rowem w którym o tej porze roku chyba nic nie płynie. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W zaroślach mieszka setka ptaków które to wieczorem świergotały na całą okolicę. Po zmroku ustąpiły miejsca świerszczom i pięknemu rozgwieżdżonemu niebu gdzie droga mleczna góruje nad naszymi namiotami.
Noc w Rumuni

Z wizytą u św. Mikołaja

Opuściliśmy północne krańce Europy i powoli jedziemy w dół. Tym razem trochę inna drogą. Jedziemy ciągle E8ka która prowadzi przez Finlandię.
Zima w Finlandi jest naprawdę piękna. Jak okiem sięgnąć nieskalanych ludzkimi śladami śniegi. Jedynie od czasu do czasu drogę przecina pas dla skuterów śnieżnych. Ci to maja gdzie tu ujeżdżać a nie jak u nas tłuką się po beskidzkich szlakach jak zaraza. Można by śmiało na biegowkach w ramach oderwania od pracy urządzać sobie tu niezle maratony.

Fiński przystanek
Fiński przystanek
Bielutka droga za nami
Bielutka droga za nami

Droga nie dość, ze zasypana śniegiem to jeszcze trzeba uważać na renifery które to kroczą sobie po drodze bez dodatkowego oświetlenia. Pomimo tego, ze asfalt pokryty jest śniegiem, jedzie sie lepiej niż w Norwegi bo pod śniegiem nie ma lodu.
Dojeżdżamy w okolice Rovaniemi. Tu obowiązkowo cześć atrakcji dla młodszej grupy wyprawowej czyli wizyta w tajnej kwaterze św. Mikołaja oraz w jego wiosce mieszczącej sie obok na kole podbiegunowym. Nie jest to nasza pierwsza wizyta tutaj. Ostatnio odwiedzaliśmy to miejsce trzymiesięczna pół roku temu tyle, ze latem. Okazuje sie, ze zima jest tu dużo piękniej. Wiecej atrakcji oraz lepszy klimat.

Kuba śmiga w lodowym torze
Kuba śmiga w lodowym torze

Trafiliśmy na jakis okres gdy na Finlandię naciera potok Rosyjski bo wszędzie Rosjanie. Opanowali cały Santa Claus park. Widać to nie pierwszy raz bo Finowie sa przygotowani i wszystkie tablice informacyjne jak i Elfy mówią po rosyjsku.
W wiosce można skorzystać z wielu zimowych atrakcji jak jazda w sankach zaprzegnietych w renifera czy zjechać na oponie w specjalnie przygotowanym torze. A u Mikołaja, dużo sie nie zmieniło. Kraina królowej śniegu stoji, rzeźby lodowe wraz z lodowym barem są, krasnale nadal pracują nad produkcja zabawek, jedynie biuro „szefa” uległo zmianie. Przy luźniej rozmowie przy zdjęciu wyszło, ze biuro trzeba było przebudować bo interesantów coraz wiecej :-) no i ceny w tym okresie świątecznym są dużo wyższe niż w letnim.

Audiencja u Mikołaja
Audiencja u Mikołaja

No i na koniec taka ciekawosta Polska jest na trzecim miejscu w rankingu kraji z którego dzieci wysyłają listy do Mikołaja. I co ciekawe takie zaadresowane „sw. Mikołaj. Finlandia” tez docierają :-)
Ta wizyta zakończyliśmy planowane atrakcje. Od jutra juz jedziemy prosto na prom który to 7go zabiera nas do Gdańska.

Wysyłamy kartki - tym razem od Mikołaja
Wysyłamy kartki – tym razem od Mikołaja

Ciężki powrót

W Nowy Rok wybraliśmy sie pospacerowac po Tromsø. W Norwegi jest to rownież święto narodowe wiec wszystko w około pozamykane. No i jak tu uczcić wydarzenia ostatniej nocy. Okazuje sie ze nasza znajoma pizzeria jako jedyna jest otwarta. No to uczcilismy sukces pizza i powróciliśmy na miejsce gdzie poprzedniej nocy obserwowaliśmy zorzę. Aktywność miała byc większa wiec i tłumów większych sie spodziewaliśmy. Na nasze szczęście okazało sie ze gromadka osób jaka była dnia poprzedniego była na jakimś zorganizowanym sylwestrze i dzien pózniej nie było juz nikogo poza nami i nią. Pojawiła sie późnym wieczorem i rozpoczęła swoj taniec na niebie. Ta noc była jeszcze lepsza. Można by to porównać odwiedzin Wawelu w noc muzeów i wejściem dla VIPa gdy oglądamy wszystko spokojnie sami.
Staliśmy nad fiordem i wpatrywalismy sie w niebo patrząc jak płyną zielone fale i tylko marudzenie chłopaków ze chcą sobie zdjęcie zrobic przerwało spokój nocy :-)
O poranku tzn o wschodzie księżyca, bo slonca tu nadal nie ma rozpoczynamy powrót do domu. Po drodze jeszcze pare drobnych spraw w Tromso jak wysłanie pocztówek i ognia do domu. Odpuscilismy miasto gdy nad naszymi głowami znów pojawiła sie zorza. No, choroba nie wiadomo kiedy znów bedzie okazja ja zobaczyć. Zatrzymujemy sie na parkingu by podziwiać te ostatnie z nią chwile. Dzisiaj ma byc bardzo duża aktywność wiec i widoki bedą fajne.
W dalszej drodze każdy myślał o noclegu gdzie można by jeszcze dzisiaj skorzystać. I tak sie stało, zboczyliśmy z głównej by jakaś boczna znów odbić na północ.
Piękne widowisko mamy dzis nad sobą a jutro juz niestety trzeba wracać do domu – jedynym pocieszeniem jest to, ze bedzie jakis dzien bo chociaż tutaj jest przez chwile w miarę jasno to jednak brakuje blasku slonca które w Polsce mamy przez cały rok. Nie mniej jednak tańcząca zorza polarna na niebie zapewne wynagradza im chwilowy brak slonca.
Justyna: Ja musze przyznać, że jeszcze bardziej sie zakochalam w północy po tych wspaniałych spektaklach, jakie sie odbywały nad naszymi głowami. Jadąc na zorzę w sumie to juz trzeci raz zastanawiałam sie jak ona tak na prawdę wyglada: jest wspaniała kiedy tak tańczy i mieni, jakby baletnice na scenie, zmieniając swoje stroje (a ona kolory). Czlowiek zapomina o całym świecie, tak sobie leży a Ona tańczy, jakby tylko dla nas, rozświetlając cała okolice. Wszystkie problemy i zmartwienia odchodzą gdzieś w sina dal. Mam nadzieje, ze ten Nowy Rok bedzie tak samo obiecujacy, jak zorza tańcząca po niebie. Ehhh znów sie rozmarzylam, wiec kończę i dalej wracam to podziwiania.

Zorzy ciąg dalszy
Zorzy ciąg dalszy
Zorza nad górami
Zorza nad górami

No i widziana rybim okiem ...
No i widziana rybim okiem …

Zorza złapana – udało się!

Wstalismy jak zwykle „z kurami”, na zewnątrz panowała dalej noc ( była godzina ok. 9:30), dopiero po godzinie zaczął sie robić półmrok. Sprawdziłem na GPSie kiedy jest planowany wschod i okazało sie, ze na tej wysokości geograficznej wschodu dzisiaj nie bedzie. No nic trzeba sie zbierać i ruszać póki cokolwiek widać. Upichcilismy śniadanio -obiad i udaliśmy sie w kierunku norweskiej E6. Gdy juz do niej dojechaliśmy i stanęliśmy na rozdrożu to zapadła chwila konsternacji – gdzie jechać ?
Szybko sprawdzamy pogodę w okolicy i okazuje sie, ze na północy (czyli Nordkapie tam gdzie planowaliśmy) ma sypać a na wysokości Tromso ma być ładnie. No to wybór jest prosty – zachód. Jedziemy w stronę Tromso. Na E6tce podziwiamy fiordy trochę inne niż je pamiętamy z letnich wojaży – nie pokryte zielenią a białym puchem.

Zimowy fiord
Zimowy fiord

Droga oczywiscie równie bialutka, a na bokach zwisają wspaniałe lodospady, aż żal że w domu grzeją się dziabki jak można by sie tu trochę powspinać.

Lodospady przy drodze do Tromso
Lodospady przy drodze do Tromso

Im bliżej Tromso tym niebo ładniejsze. Jest szansa, że coś dzisiaj w nocy wypatrzymy a ze dzisiaj również Nowy Rok to trzeba zajechać po jakies fajerwerki. Tromso znamy juz dość dobrze, wiec udajemy sie od razu do centrum handlowego po zapasy pirotechniczne. W Norwegii nie sprzedaje sie fajerwerków w sklepach a jedynie w kontenerach przed sklepami. Łatwo je znaleźć po kolejce niczym po cukier lub szynkę w pamiętnych czasach. No nic dostaliśmy swoje po czym sie okazało, ze naszych kart nie akceptują i musimy skoczyć po gotówkę … trochę nas to zdziwiło, bo tu nawet za samą bułkę płaciliśmy kartą. Okazało sie, ze takich wybrańców jest na szczęście wiecej :-)

Po uzupełnieniu stanu magazynowego ruszyliśmy w poszukiwanie ustronnego miejsca gdzie bedzie można strzelać, szukać zorzy i balować do rana :-)

Okolice Tromso
Okolice Tromso

Objechaliśmy pobliską wyspę wzdłuż i wszerz i znaleźliśmy pare miejsc jako idealnych kandydtaów na nockegowisko. Ja badając przy jednym z nich grunt zaliczyłam piruet na lodzie taki, ze rosyjska baletnica by sie go nie powstydziła przy okazji gubiąc telefon. Miejsce zostało przez resztę odrzucone. No nic wracamy na poprzednie.
Rozłożeni do spania, po suto zastawionej kolacji zorientowałem sie, ze zaginął gdzieś mój telefon a co gorsza jedynym miejscem gdzie go mogłem przesiać był moj taniec na lodzie. Nie wspomniałem wcześniej, ze za Tromso droga pokryta jest idealnym lodem. No to wracamy. Justyna po drodze bada prognozę pogody i nad Tromso cos sie pojawia, jest nadzieja, ze cos dzisiaj zobaczymy.
Jedziemy znów do poprzedniego miejsca gdzie potencjalnie znajduje sie moj telefon a tu z czterdzieści osób w kamizelkach sie kręci, dwa autobusy etc. Pierwsza myśl to jakis wypadek i wyciągają kogoś kto nie wyrobił sie na zakręcie ale jak sie za chwile okazało to zorganizowany wyjazd na zorzę :-) no to pięknie – myśle sobie gdzie ja w tej hordzie fotografujących niebo znajdę swoją zgubę. Dzwonię – patrzę w miejsce gdzie sie wybrałem a tam mruga do mnie zalotnie cos na lodzie. Znalazł sie ale nienormalną tu jest ważny gdyż po chwili pojawiła sie nad nami piękna zielona zorza. No cos wspaniałego. No to aparat na statyw i huzia na juzia …. Tfu na zorzę. Spektakl trwał przynajmniej z godzinę poczym wymarznieci (wiało jak w kieleckim) wracamy do pierwotnego miejsca noclegu. Zorza na chwile znika by pojawić sie znowu i tańczyć na niebie. Ona tez wita z nami Nowy Rok. Nastała północ, odpaliliśmy arsenał fajerwerków, wypiliśmy to co sie zwykle wtedy wypija, złożyliśmy sobie życzenia i udaliśmy sie do … nie nie, nie do snu do podziwiania pięknego widowiska jakie toczyło sie nad naszymi głowami.

Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową

Daleko za kołem polarnym

Jesteśmy juz daleko za kołem polarnym … ale wróćmy do początku. Pierwsze miejsce noclegowe okazało sie nie polanką a torem offroadowym. Rano wszystko sie wyjaśniło gdy się okazało, że stoimy na jego środku :-)
Ruszyliśmy dalej na północ, na początku droga była czarna, pózniej z lekką nalecialoscia sniegu aż zrobiła sie całkiem biała. Co gorsza na drodze nie leżał śnieg a zryty lód. Prędkość przemieszczania trochę spadła ale tylko nasza gdyż miejscowi jeżdżą jak by nawierzchnia była czysta i sucha czyli tak około 100ki. Skandynawom to dobrze im nikt nie zabrania używać kolcowanych opon.
Późna nocą mijamy koło podbiegunowe w Laponi. Zatrzymujemy sie na szybkie zdjęcie i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Po krótkiej chwili zjeżdżamy na mała boczna drogę by z niej uderzyć w pobliski las. Na koniec dnia jeszcze fajna przejażdżka w sniegu po kolana. W końcu parkujemy na zboczu pagórka (na dole było jezioro ale nie chcieliśmy juz ryzykować zjazdu gdyby sie przypadkiem okazało, że nie da sie spowrotem wjechać :-) )
Noc pochmurna. Nie widać ani jednej gwiazdy – no to i z zorzy dzisiaj lipa. Na dodatek zasięgu brak wiec i relacji nie było. Jest za to śnieg – multum sniegu. Chłopaki nie tracąc wieczora ruszają w okolice z łopatkami i jabłuszkami.
Zorzy niestety nie było.
Rano (jeszcze przed wschodem slonca) odpalamy kuchenkę by zagotować jedzenie. Chłopaki od razu ruszyli na górkę pozjeżdzac co i nam sie finalnie udzieliło :-)

Rodzinne zjazdy
Rodzinne zjazdy

Przy okazji wybraliśmy sie przez śniegi nad jezioro, które to całe zamarzło (jak i wszystkie inne w okolicy). Słońce powoli wychylało sie za horyzont.

Poranek na północy - zamarznięte jezioro
Poranek na północy – zamarznięte jezioro

Ruszyliśmy w dalszą drogę – generalnie startujemy niedługo po wschodzie i kończymy jazdę dłuuuugo po zachodzie. Dla niewtajemniczonych wschod jest tutaj o 10:40 a zachodz ok 12:20.
Dzisiaj mieliśmy niezła przygodę. Jadąc ujrzeliśmy stado reniferów spacerujacych po jeziorze chcąc im zrobic zdjęcie zatrzymaliśmy sie na poboczu. Jak sie pózniej okazało był to zasypany śniegiem rów który pochlanął nasz pojazd. Długo trwała walka by sie wydostać. Na szczęście jakis lokalny pojazd pomógł nam sie wydostać. Od tej pory postanowiliśmy sie nie zatrzymywać na nieodśniezonym poboczu.

20131230-222627.jpg

Droga biegła przez lasy, drzewa pięknie pokryte śniegiem (czego oczywiście nie uwiecznilismy bo nie było sie gdzie zatrzymać ;-) ), lasy powoli malały a dominującym drzewem stała sie brzoza karłowata – to oznacza tylko jedno – jesteśmy juz daleko na północy. Przejeżdzamy droga w okolicy przecięcia trzech granic i wjeżdżamy do Norwegi. Tu dopada nas śnieżyca. Sypie tak, ze nic nie widać. Jak to chłopaki określili – wyglada jak byśmy lecieli w gwiazdy. Niestety przez ten opad dzisiaj pewnie tez zorzy nie bedzie, ale zobaczymy. Zadekowalismy sie pod jakimiś drzewami, za oknem pada sobie leniwie śnieg a my udajemy sie w ramiona morfeusza :-)

Zima w Skandynawi

Na statek dostaliśmy się bezproblemowo i nawet wysokość naszego pojazdu nie przeszkadzał nikomu. Chętnych do przeprawy przez Bałtyk było niewielu wiec wszystkich upchneli w luku dla tirów. Rejs odbywał sie raczej bez większych atrakcji poza bujaniem w nocy tak, ze mało nas z łóżek nie postrącało.
Dotarliśmy do Nynesham. Szwecja wita nas mocnym deszczem. Pogoda jak w wakacje 2012 :-) ciepło i deszczowo. Nie tracąc czasu ruszamy od razu na północ. Powoli deszcz przestaje padać na poboczach pojawia sie pierwszy śnieg. Nie wyglada na świeży, jednak wszystkie boczne drogi bialutkie. Finalnie docieramy za Sundsvall w okolice Härnösand gdzie rozpoczynamy poszukiwanie noclegu. Rozkładamy sie na jakiejś polance w lesie gdzie latem sa chyba niezle bagna bo wszystko pokryte lodem.
Dzisiaj z racji tego ze trasa była czysta dojazdówka to zdjeć brak, postaramy sie to nadrobić jutro :-)

Zorza polarna – podejście trzecie

Ruszamy po raz trzeci na polowanie na zorzę. Dwa lata temu na próżno szukaliśmy jej na półwyspie kolskim. Rok później problemy techniczne zatrzymały nas przed promem, więc rozpoczyna się podjeście trzecie. Miejmy nadzieję, że tym razem udane :)

Oczekujemy właśnie na zaokretowanie w porcie w Gdańsku. Samochodów jak na razie niewiele a wszyscy „Szwedzi” jakoś dziwnie mówią po polsku. Jak juz dotrzemy do Skanynawii to bedziemy starać sie was informować o postępach naszej wędrówki. Niestety moze byc mało zdjeć gdyż okazało sie ze albo nie wzięliśmy adaptera do iPada by zrzucić zdjęcia z aparatu, albo gdzieś sie zawieruszył w czeluściach naszego pojazdu.

Jeżeli warunki pozwolą planujemy udać się na północ Norwegi i tam trochę zabawić, może i na Nordkapp uda się nam zawitać – ot czas pokaże. Trzymajcie kciuki.

Poniżej kilka danych z kamer oraz prognozy zorzy:

Kamera w Tromso
Kamera w Tromso
Kamera w Laponi (Sodankylä)

Indeks K (K-Index) – na tej podstawie można wnioskować czy widowisko będzie czy też, nie. Indeks K charakteryzuje zaburzenia w polu magnetycznym – wartość 1 oznacza spokój

Index – K

Perełka neogotyckiej architektury – pałac w Piekarach

Piękna sobotnia pogoda nie pozwalała nam za bardzo na siedzenie w domu przy kawce i ciasteczku. Chcąc wykorzystać aurę postanawiamy wyruszyć gdzieś przed siebie – nie daleko byle by ładnie i ciekawie. Na pierwszy rzut bierzemy ruczajowe łąki. Zamrożone kałuże  pękają pod naporem naszego pojazdu który dzielnie prze przed siebie. Trawy które jeszcze parę lat temu porastały tą okolicę znikają w zastraszającym tępie a wypiera je bezlitosny miejski beton.

Nic tu po nas – pomyśleliśmy i ruszamy na przeciwny brzeg Wisły. Może tu odnajdziemy jakieś ciekawe miejsce. Nigdy wcześniej nie zapuszczaliśmy się tą stroną wzdłóż Wisły. Gdy udajemy się w te rejony zawsze wiąże się to z przedłużeniem ścieżki rowerowej do Tyńca. Jednak strona przeciwległa oferuje nam wspaniałe widoki na opactwo w Tyńcu.

Tyniec - Ruszamy eksplorować dalej
Tyniec – widok na opactwo z przeciwległego brzegu

Woda w Wiśle była dość spokojna a i słońce pięknie oświetlało opactwo Benedyktów. Trochę zabawiliśmy w tym miejscu gdyż młodsza część rodziny odkryła połacie zamarzniętych kałuży które to można było bezkarnie rozbijać.

Widok na opactwo w Tyńcu
Opactwo Benedyktów w Tyńcu

Ruszyliśmy zatem dalej klucząc zaroślami, pomiędzy skałami w Piekarach, aż między drzewami dostrzegliśmy ciekawy dworek. Podjechaliśmy pod bramę zobaczyć go z bliska. Brama oczywiście zamknięta, widać, że kiedyś była tu tabliczka (pewnie informująca o tym, że teren prywatny), na dzień dzisiejszy brak ogrodzenia aż kusi by podejść bliżej i zobaczyć budowlę z bliska – co też czynimy. Widać że pałac (jak się później okazało) to kawał niezłej architektonicznej roboty, na dodatek otacza go stary park. Kiedyś musiało być to bardzo ładnej miejsce. Postanawiamy pokręcić się po okolicy i pozaglądać to tu to tam

Pałac w Piekarach
Pałac w Piekarach

Przez wybite szyby można zajrzeć do środka, a to co tam możemy ujrzeć potwierdza tylko jak wspaniale budowla ta była kiedyś wykończona.

Po powrocie do domu postanawiamy poszukać więcej informacji o tym miejscu i co się okazało. Owy pałac w Piekarach został uznany za jeden z najpiękniejszych pałacyków neogotyckich w Polsce – aż dziw, że wcześniej tutaj nie byłem a nawet, że o nim nie słyszałem. Niestety po nacjonalizacji pałac był adoptowany do różnego przeznaczenia – od szkoły (mieściło się tam technikum zielarskie) po szpital. Aktualni właściciele nie robią chyba nic w kierunku renowacji budynku. Co prawda od drugiej strony pałacu ustawiona jest winda budowlana ale i ją powoli pochłania przyroda, a szkoda.

Miejsce jest naprawdę godne polecenia do odwiedzenia. Zapewne wrócimy tam jeszcze gdyż ze względów technicznych nie wykonaliśmy pełnej dokumentacji fotograficznej.

Podróż na Krym – notatki z pamiętnika

Przy okazji prowadzonych zmian na stronie, postanowiłem się zmobilizować i napisać wreszcie krótką relację z wyjazdu na Krym a dodatkowo okrasić ją garstką zdjęć.

W ramach majówki postanowiliśmy odwiedzić Krym. Podobno piękne miejsce, kiedyś wielu naszych krajan bywało tam na wakacjach ceniąc sobie je bardziej niż jakiekolwiek inne. O Krymie wiele się też nasłuchaliśmy od znajomych. Decyzja zapadła jedziemy.

Przygotowania

Z przygotowaniami jak zwykle najciężej. Plan wyjazdu zmieniał się z godziny na godzinę i do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy kiedy wreszcie pojedziemy. W pierwszy dzień wolnego szkoła naszych dzieci organizuje „dzień szkoły” a my aktywnie w nim uczestniczyliśmy co też wpłynęło na opóźnienie wyjazdu. W końcu uporaliśmy się z edukacją wróciliśmy do domu, spojrzeliśmy w zapasy i powrzucaliśmy co się tylko nadawało – najwyżej czegoś nam zabraknie.
Planowana trasa biegła przez przejście graniczne w Krościenku. Wiele się nasłuchaliśmy o innych przejściach (Korczowa czy Medyka) i postanowiliśmy ich uniknąć, kierując się na małe przejście w Bieszczadach. Jednak jak to w zaplanowanym wyjeździe bywa, dotarliśmy do Przemyśla i padła propozycja by jednak zobaczyć jak wygląda sytuacja w Medyce. Bo niby po co tułać się gdzieś w Bieszczady jak można szybko przeskoczyć granicę.
Wielokrotnie przekraczałem już to przejście (Grzesiek) i wiem, że nie jest to miejsce przyjazne turystom, jednak tym razem zostałem mile zaskoczony. Po niecałych trzydziestu minutach nasz pojazd był już po stronie Ukraińskiej.
Na granicy przy odprawie celnik zmierzył nasz pojazd z góry do dołu i oddając dokumenty powiedział: „dobry samochód na ich drogi”. Spodziewaliśmy się drogowego armagedonu.

Po stronie Ukraińskiej

Przejeżdżamy granicę. Ku naszemu zaskoczeniu jedziemy nowiutkim asfaltem. Trakt do Lwowa prowadzi nową drogą wybudowaną na Euro2012. No tak to w końcu z nimi organizowaliśmy mistrzostwa i nie tylko u nas trzeba było drogi lepić. Piękna, równa droga prowadziła do samego stadionu za Lwowem (nie wiem jak dalej), z której jednak musieliśmy zboczyć w stronę Ternopila. Gdy tylko skręciliśmy z wcześniej wspomnianej drogi stadionowej naszym oczom ukazał się jeden wielki brak asfaltu. Wyjazd co prawda miał być po bezdrożach Krymu, więc może i źle nie będzie.
Po kilku kilometrach okazało się, że jednak nie jest to turystyczny rarytas. Dziury w drodze takie, że Smart mógłby się w nich schować cały. Ludzie radzą sobie jak mogą jeżdżąc od lewego do prawego pobocza – nie zważając na to czy ktoś jedzie z przeciwka czy też nie. Na początku jechaliśmy za miejscowymi licząc, że znają oni przesmyki niczym kapitanowie okrętów pomiędzy górami lodowymi. Szybko jednak się okazało, że tutaj każdy radzi sobie sam i wybiera taką drogę by jego samochód najmniej ucierpiał.

Za Lwowem asfalt lekko wyparował
Za Lwowem asfalt lekko wyparował

Ukraińskie drogi mają to do siebie, że posiadają szerokie utwardzone pobocze, niewiele myśląc zjechałem z drogi na pobocze i zacząłem nim jechać. No to jest trasa. Mijamy wszystkich prawą stroną, prędkość można rozwinąć ponad 40 – jest szansa, że dojedziemy jednak na ten Krym. Tępo jazdy zostało szybko skorygowane, gdyż na poboczu dziur co prawda nie było ale czyhały na nas inne niespodzianki – np. drzewo włożone w jakąś wielką wyrwę.

Ternopile

Dojechaliśmy do Ternopile. Miasto kiedyś widziało asfalt ale w chwili gdy my tam byliśmy ślad po nim zaginął. Drogi szerokie – widać, że kiedyś były pasy do skrętów etc ale dzisiaj nie ma nic (oznaczonego oczywiście). Justyna stara się trzymać kurs a ja staram się omijać jakoś dziury nie zahaczając o jadące z lewej i prawej samochody. Podczas tej nierównej walki minąłem skrzyżowanie na którym mieliśmy skręcić i lekko zagubiłem się w mieście jednak po chwili byliśmy już na wylotowej drodze. Za miastem asfalt pojawiał się już coraz częściej

Stróże prawa

Gdy pojawił się asfalt to i jazda zaczęła mijać trochę szybciej. Dojechaliśmy do jakiegoś pojazdu który poruszał się z wyjątkowo niską prędkością a że były zakręty więc grzecznie sunęliśmy za nim. W tym czasie miejscowi, nie przejmując się niczym wyprzedzali w najlepsze. W pewnej chwili pojawiła się piękna długa prosta trasa. Wrzucam kierunek i rura. Wreszcie minęliśmy spowalniacza. Nie nacieszyłem się długą drogą, gdyż wracając na swój pas widziałem już czujnego stróża prawa który wyciągał lizak by machnąć mi w celu zjazdu na pobocze.
Zatrzymałem się do kontroli, policjant poprosił o dokumenty oraz o podejście z nim do samochodu. Rozmowa była dość ciężka, gdyż nie mogłem go w ogóle zrozumieć. W końcu przyszedł jego kompan i oświadczył, że ze mną nie ma sensu rozmawiać po ukraińsku bo ja i tak nie rozumiem, tu trzeba po rosyjsku. No i jak przeszliśmy na język wielkiego brata to wszystko zaczęło się klarować. Dowiedziałem się o tym jak niebezpieczny manewr wykonałem bo linia była ciągła no i jak strasznie dużo trzeba wpisywać w formularzach od mandatów. Został mi zademonstrowany przykładowy blankiet z ogromem krateczek do wypełnienia. Cel był jeden i obaj wiedzieliśmy jaki – kwestia była raczej ustalenia kwoty mandatu. Jakoś nikt nie chciał podać swojej ceny więc znów przyszedł kolega policjanta i mówi, że u nich za takie wykroczenie będzie z 600€. Nie ukrywam, że takiej kwoty to się nie spodziewałem (oni chyba też). No i zaczęły się negocjacje, finalnie stanęło na około 100 PLN (to był najdroższy mandat jaki zapłaciłem na Ukrainie).
Po uiszczeniu opłaty panowie jeszcze raz mnie upomnieli, że droga na Krym daleka i powinienem uważać na takie manewry. No dobra (myślę sobie) lekcja była dobra – teraz już wiem na co uważać. Ruszamy dalej.
Nie minęło może trzy godziny wyjeżdżamy z zakrętu a tu kolejni stróże prawa nas zatrzymują i pokazują mi na kamerze (takiej zwykłej na statywie), że na znaku STOP się nie zatrzymałem a jedynie zwolniłem. No nic kolejne starcie. Tym razem poszło szybko i sprawnie. Każdy wiedział co miał robić. Tym razem mandat stanął na około 20PLN chociaż kręcili nosem, że mało i może żona ma więcej – w końcu powiedzieli, żeby jechać. Justyna stwierdziła, że jak będziemy mieć takie tempo to mandatów do Krymu zapłacimy tyle, że nam kasy zbraknie :) Na szczęście to był już ostatni – wiedziałem co robić i jak jeździć. To był dzień cennych aczkolwiek kosztownych doświadczeń.

Docieramy na Krym

Po dwóch dniach jazdy, docieramy na Krym. No i tu się pojawia pierwszy problem – gdzie jechać i co oglądać. Czasu nie ma na tyle by na spokojnie eksplorować bezdroża a z drugiej strony jest trochę ciekawych miejsc które warto by było zobaczyć. Zatrzymujemy się pod znakiem oznajmującym, że jesteśmy na Krymie i przeglądamy zakupiony dzień przed wyjazdem przewodnik i mapę. Decydujemy się odbić na zachód by następnie przez południe dojechać na wschód skąd wrócimy długą mierzeją.
Ruszamy więc w stronę Simferopola poczynić pewne drobne zakupy i odbijamy w stronę morza. Wieczorem dojeżdżamy do Mykolaivka. Zaczynamy się powoli rozglądać za noclegiem, wg. naszej mapy nad more (wzdłuż brzegu) powinna być droga więc klucząc po mieście szukamy dojazdu do niej. Finalnie decydujemy się na spacer nad morzem. Dwa dni tułania się po Ukrainie trzeba uczcić zamoczeniem nóg w słonej wodzie. Wieczór jest raczej ciepły – chociaż lokalni mieszkańcy ubrani już dość grubo, dziwnie przyglądali się nam biegającym po wodzie.
Pospacerowaliśmy plażą w jedną i drugą – drogi nie ma.  W sumie to dziwne gdyby gdzieś tu była. No nic trzeba szukać miejsca do spania. Wsiadamy do samochodu, opuszczamy miasteczko i szukamy jakiejś polnej drogi która by prowadziła w ładne miejsce. Nie odjechaliśmy daleko gdy w stronę morze odchodziła polna dróżka – próbujemy. Po krótkiej jeździe stoimy na wysokim klifie a przed nami rozpościera się, aż po horyzont morze czarne a na jego końcu słońce próbuje skąpać się w jego wodzie.

Na początku uderzyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zachód przywitał nas pięknymi kolorami
Na początku uderzyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zachód przywitał nas pięknymi kolorami

Pooglądaliśmy okolicę – zejście do morza lekko utrudnione – wręcz niemożliwe ale jest droga więc pewnie też prowadzi do jakiegoś miejsca gdzie da się zejść. Sprawdzimy to rano, dzisiaj trzeba się gdzieś rozbić. Jeszcze chwilę kluczymy, by po przedarciu się przez gąszcz krzaków zatrzymujemy się w dość przyjemnym miejscu. Po chwili żar ogniska bucha a my szykujemy zakupioną kiełbasę na kolację.
Rano skoro świt ruszamy nad morze. Piękna pogoda, słońce grzeje. Jedziemy wzdłuż klifu w kierunku Mykolaivka by po chwili dojechać do miejsca z którego da się zejść. Nie jesteśmy sami, bo już jakiś samochód stoi. Parkujemy i rura do wody. Zejście na plażę jest może trochę kłopotliwe i wymaga zeskakiwania z murków jednak nagrodą jest plaża na której jest pusto. Zbudowaliśmy zamek, chłopaki się trochę pochlapali, ludzie zaczęli się schodzić więc postanowiliśmy ruszać dalej, no bo co robić na takiej plaży.

Bakczysaraj

Czas coś zwiedzić, w myśl piosenki fasolek „przez łąki, przez pola pędzi fasola”, ruszyliśmy przez łąki unikając asfaltu prosto do byłej stolicy chanatu Krymskiego. Jest tu co zwiedzać. Do Bakczysaraju dojechaliśmy od jakiejś mało popularnej strony, gdzie stare kamienice straszą niszczejąc. Widać, że kiedyś tu się dbało o budownictwo bo kamienice dość okazałe. Jednak im bliżej centrum tym ciaśniej w zwiedzające tłumy, parkingi z masą samochodów i autobusów. Po drodze mijamy od groma pojazdów z Polskimi tablicami. Patrząc na ten tłum odpuszczamy sobie pałac chanów i przedzieramy się w kierunku skalnego miasta Czufut Kale. Dojeżdżamy do końca drogi, skąd trzeba ruszyć z buta. Zaczynamy rozglądać się za parkingiem gdy lokalny naganiacz zatrzymuje nas i mówi, że jak chcemy do skalnego miasta to takim samochodem możemy dojechać od drugiej strony przez góry. Jego znajomy przewodnik za odpowiednią dolę nas poprowadzi. Grzecznie podziękowaliśmy za informację jak i za przewodnika. Na co usłyszeliśmy – sami nie znajdziecie. No nic – kto jak nie my :) Zjechaliśmy na pobocze by dać możliwość przejazdu autobusom tłumnie dostarczającym świeżych turystów. Chwila analizy mapy i jest miejsce gdzie powinno być to miejsce które powinno nas doprowadzić do skalnego miasta. Jedziemy, klucząc wąskimi uliczkami. W pewnej chwili jesteśmy już na wzniesieniu ponad miastem. No i gdzie teraz ? Zatrzymujemy się na kolejną analizę mapy i ruszamy przed siebie po chwili dojeżdżamy do miejsca gdzie droga kieruje się w stronę gór i lasów. No to pewnie dobry kierunek – myślimy. Po chwili mija nas radziecki samochód terenowy marki Gaz wypchany turystami. To potwierdza nasze podejrzenia co do słuszności kierunku. Ruszamy za nim w pogoń. W pewnej chwili samochód przed nami dojeżdża do szlabanu i kierowca ugaduje coś z osobami przy nim po czym wjeżdża. Oj – pomyśleliśmy, może się okazać, że bez lokalnych się nie dostaniem. No nic próbujemy metodą na bezczelnego turystę – podjeżdżamy i pytamy czy do skalnego miasta to tędy – usłyszeliśmy, że tak tylko wjazd kosztuje bo to teren parku. Ujściliśmy opłatę i ruszyliśmy przed siebie. Dalej droga robiła się coraz ciekawsza, jednak zgubiliśmy naszego przewodnika a drogi odchodziły w każdą stronę.

Droga przez Krymskie góry
Droga przez Krymskie góry
Dopadliśmy naszego nieformalnego przewodnika
Dopadliśmy naszego nieformalnego przewodnika

Po krótkiej jeździe dojeżdżamy do punktu widokowego, gdzie napotkaliśmy wcześniej gonionego Gaz-a. To znak, że nadal zmierzamy w odpowiednim kierunku. Widoki są piękne – na rozległą dolinę i góry. No to krótki odpoczynek. Kanapeczki, zdjęcia, podziwianie piękna przyrody oraz kątem oka badamy gdzie jedzie nasz „przewodnik”. Po upojnym kanapko-obiedzie ruszamy dalej by po chwili stanąć przed bramą skalnego miasta. Faktycznie od tej strony jest dużo lepiej. Ludzi mało – parę samochodów. Większość stanowiła ekipa filmowa która kręciła jakiś materiał. Udajemy się na zwiedzanie a słońce pali niemiłosiernie.

W stronę Jałty

Po zwiedzeniu skalnego miasta, wracamy górskimi leśnymi dróżkami (u nas ta trasa na bank by była pozamykana dla samochodów) do miasta by szybko od niego odskoczyć jakąś polną alternatywą i jedziemy w kierunku sławetnej Jałty by zobaczyć jeszcze sławniejsze kukułcze gniazdo. Droga na mapie poprzeplatana serpentynami. Jedziemy w stronę gór Krymskich. Jak ktoś nie przepada za kręceniem na serpentynach to radzę ominąć tę drogę, ja lubiący miałem już ich dość :) Nie jest to jakaś straszna droga z przepaścią, gdyż jedzie się praktycznie cały czas lasem jednak serpentyny ciągną się bez końca. Co jakiś czas na zakrętach są miejsca postojowe gdzie można się posilić, wypić coś czy odpocząć od kręcenia kierownicą lub pedałami w zależności kto czym jeździ. W końcu jest szczyt, zaczynamy powoli toczyć się w dół. To znak, że zbliżamy się do (chyba) najpopularniejszej części Krymu. Miejsce kurortów. Do Jałty dojeżdżamy wieczorem. Trochę kluczymy by znaleźć miejsce dojazdu do kukułczego gniazda jednak po dwóch podejściach się nam nie udało, pooglądaliśmy zatem tę ikonę Krymu z tarasu widokowego i postanowiliśmy opuścić ten rejon, gdyż zrobiło się ciasno i gęsto jak w trójmieście w środku wakacji.

Jałta - Kukułcze gniazdo - to miejsce chyba każdy kiedyś widział. My tu tylko przelotem ze względu na tłumy
Jałta – Kukułcze gniazdo – to miejsce chyba każdy kiedyś widział. My tu tylko przelotem ze względu na tłumy

Przejazd przez miasto graniczy z cudem. Krakowskie korki o świcie są niczym w porównaniu z tym co zastaliśmy w mieście. Multum osób idących na wieczorną balangę, nowi dojeżdżali, próbowali gdzieś zaparkować, jakieś scysje, przepychanki kierowców połączone z bujną wymianą epitetów na swój temat. Jak tylko przedarliśmy się przez ten miejski busz postanowiliśmy uciec w stronę wschodnich stepów. Tam na pewno będzie bardziej spokojnie. W mieście zastał nas wieczór i zrobiło się dość późno. W takim miejscu ciężko znaleźć miejsce na nocleg. Wszędzie ludzie… brrrrr. Jedziemy wzdłuż wybrzeża szukając jakiegoś miejsca gdzie można by się zdrzemnąć. W końcu dochodzimy do wniosku, że nie ma szans zatrzymać się nad morzem, więc odbijamy w pierwszy lepszy las. Kluczymy trochę po tym lesie po czym zatrzymujemy się na środku jakiejś ścieżki – dzisiaj śpimy tu. Scieżka nie wygląda na jakąś mocno uczęszczaną, pewnie do rana nie będziemy nikomu przeszkadzać. Rozłożyliśmy nasze samochodowe łóżko i oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Noc minęła bezkolizyjnie. Rano opuściliśmy grzecznie las kierując się w stronę twierdzy Sudak.

Sudak

Krajobraz jest tu całkowicie odmienny niż w zachodniej części Krymu. Wzgórza pokrywają winorośl-są wszędzie. Jeżdżąc bocznymi drogami trochę ich po-podziwialiśmy. Istna kraina wina – no to trzeba będzie coś podegustować. Tymczasem docieramy do Sudaku. Twierdza wielka, widoczna jest z daleka. Miejsce mocno turystyczne, wszędzie sprzedawcy pamiątek. Wchodzimy do zamku a w środku – pusto :) Z wielkiej twierdzy z osadą pozostały tylko nieliczne jego części  np. zbiorniki na wodę czy meczet. Miasto Sudak było kiedyś największym portem Krymu oraz bardzo ważnym punktem handlowym.

Twierdza Sudak
Twierdza Sudak

Z Sudaku jedziemy dalej na wschód. Naszym celem są wulkany błotne, które są przy granicy z Rosją. Po drodze urządzamy sobie krótką przerwę na plaży by chłopaki mogli popluskać się w wodzie z meduzami, zakupujemy trochę lokalnego wina i odwiedzamy stare, niszczejące kurorty pamiętające czasy świetności turystycznej Krymu.

Wulkany błotne

Jedziemy w stronę miejscowości Kerch gdzie powinny być wulkany błotne (przynajmniej tak gdzieś o nich kiedyś czytałem przyp. Grzesiek). Od czasu opuszczenia Sudaku ciągle jedziemy asfaltem, więc droga mało atrakcyjna. Patrzymy na mapę czy daleko jeszcze – a przed nami kawał drogi a piękne, niezamieszkane stepy po lewej i prawej stronie. No tak to nie będzie. Odbijamy w pierwszą „w lewo” i ruszamy na przełaj przez stepy – od czasu do czasu jedziemy jakąś polną, od czasu do czas kluczymy w morzu traw. Teren piękny, śmiem nawet powiedzieć, że jest to najpiękniejsza część Krymu. Jedyni mieszkańcy tego rejonu to ptaki którym trochę przeszkadzaliśmy jeżdżąc przez ich podwórko. Od czasu do czasu zdarzało nam się wjechać do jakiejś miejscowości. Na dodatek od strony gdzie chyba nikt nie przyjeżdża wywołując wielkie zdziwienie u mieszkańców tych wiosek. A propo wiosek to wyglądały jak nasze stare po-pgr-owe wsie na Podkarpaciu. Wieczorem ujrzeliśmy morze Azowskie. Tu zabiwakujemy. Dojeżdżamy do brzegu. Okazuje się, że wzdłuż brzegu biegnie droga którą lokalni przyjeżdżają tu oderwać się trochę od codziennych obowiązków. Koło nas rozbiły się dwie rodziny. Zachód słońca zgotował nam niezłe widowisko bo słońce rozpaliło morze do czerwoności.

... decydując się w końcu ukryć za horyzontem
Słońce decyduje się w końcu ukryć za horyzontem

Wspaniałe miejsce by przy krymskim winie, szumiącym morzu podziwiać zachód słońca. Chłopaki ruszyli do wody i buszowali w niej do późnej pory.

Rankiem okazało się, że cała plaża wypełniona jest muszlami, w zakamarkach skał jest mnóstwo ryb a woda ma kolor zielonkawy. Miejsce przewspaniałe by tu posiedzieć. Rozgościliśmy się na plaży w poszukiwaniu ładnych muszli do domowej kolekcji, popluskaliśmy w wodzie, postraszyliśmy wygrzewające się węże, węże postraszyły trochę nas, wot sielanka.

Trzeba jednak jechać szukać tych wulkanów. Jedziemy łąkami do miejscowości Bondarenkowo w okolicach której znajdują się owe wulkany. Po drodze mijamy wielkie słone jezioro, które w okresie letnim wysycha i tworzy jedną wielką białą plamę. Zjeżdżamy by przyjrzeć mu się z bliska. Okazuje się, że pod warstwą soli jest bardzo miła dla ciała warstwa czarnej mazi która wcale nie ma ochoty się zmyć, zwłaszcza, że w okolicy nie ma żadnej wody.

jak okiem sięgnąć czysta i nieskazitelna sól - no może poza naszymi śladami
jak okiem sięgnąć czysta i nieskazitelna sól – no może poza naszymi śladami

Dojechaliśmy do wsi Bondernkowo ale ani śladu wulkanów, informacji, tabliczek etc. No nic wjechaliśmy od strony niepopularnej więc i nic nie ma. Jeździmy po wsi w tą i z powrotem, na pobliskie pagórki ale nigdzie nic nie ma. No nic trzeba szukać. Udajemy się na przełaj przez łąki rozglądając się czy gdzieś nie widać czegoś nienaturalnego. W pewnej chwili na jakimś pagórku Justyna wypatrzyła ludzi. Ruszamy w ich stronę. Dojeżdżamy i pytamy ich o wulkany. Mina napotkanych osób była bezcenna. Gdyż nie spodziewali się jakiegoś samochodu wśród  pagórków. Ale powiedzieli nam, że oni uważaja. że tam się nie da dojechać a najlepiej zapytać gościa który idzie na końcu. Finalnie dowiedzieliśmy się, ze trzeba jechać w stronę baraków które widać gdzieś daleko i od nich już zobaczymy wulkany. I tak też uczyniliśmy i się udało (dla zainteresowanych podaję koordynaty: N45°25.558 E036°28.665). Wulkany są trochę inne niż te które widywaliśmy do tej pory. Nie są to wielkie góry groźnie wyglądające a jedynie małe kopczyki z których wypluwane jest błoto. Na koniec Justyna z Pawłem urządzili sobie kąpiel błotną (podobno to błotko to takie jakiego używa się w spa) i trzeba ich było odwieźć na kąpiel do pobliskiego morza.

błotnistych wulkanów ciąg dalszy
Wulkany błotne

Przy okazji kąpieli zjechaliśmy na plażę gdzie jacyś lokalni budowlańcy nabierali piasek, nie wiem czy do końca legalnie – nie mniej ich zdziwienie było bezcenne, gdy zobaczyli jak wypadają ludzie z samochodu – rura do morza, myją nogi i spadają.

Wszystko co dobre kiedyś się kończy

Długi majowy weekend powoli zbliża się ku końcowi a i nam czas wracać do kraju. Na koniec jeszcze jedna atrakcja (w planie była jeszcze elektrownia atomowa ale zapomniałem spisać sobie gdzie ona jest) przejazd długą na ponad 100km mierzeją Arabatskaja Striełka. Droga mierzeją jest naprawdę godna polecenia. Droga jest gruntowa więc trzeba się liczyć z tarką na długim odcinku drogi, niemniej jednak warto się przejechać. Gdzieś pośrodku mierzeji urządzamy nocleg – ale komary tak nas cięły, że nie zdecydowaliśmy się długo zabawić na plaży. Dalej już czarną asfaltową drogą prosto do Medyki i do domu.

Dla tych co im mało, zapraszam do obejrzenia galerji z wyjazdu: Krym, Maj  2013