08

Maj

Grzesiek

2

Wędrówki

Stromboli zdobyte!

Stan licznika: 76365

Prolog

Gdy w styczniu pierwszy raz zwiedzając Sycylię nie udało się nam wypłynąć na Stromboli czułem lekki niedosyt. Wiedziałem, że szybko tu nie wrócę bo Ci co mnie znają wiedzą, że nie gustuję w krajach południowych. Nie sądziłem wtedy jak bardzo się mylę. Rok 2010 okazał się rokiem „w cieniu mafijnej wyspy”- na jej lądzie stanąłem trzy razy – bo jak mówi stare polskie przysłowie „do trzech razy sztuka”.

Ale od początku. Wszystko zaczęło się od spotkania z Beatą i zanęcenia idei wyjazdu na Stromboli. Gdy ją wtedy namawialiśmy nie sądziliśmy, że padło na tak podatny grunt. Beta namówiła Benka i takim też składem postanowiliśmy wyruszyć zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Cel Stromboli – a dokładnie jego wspaniałe widowisko.

Wszystko ugadane trzeba ustalić jeszcze plan z naszymi pociechami. Nie chcąc uchodzić za tyranów daliśmy im wybór: jadą z nami, oni do babci my na wyjazd, oni do babci my do pracy. Ku naszej uciesze pierwszą odpowiedzią było „my do babci wy na wulkan”. ale już po jakimś czasie (ok 10 min) gdy przedumali sprawę stwierdzili, że oni do babci a my do pracy :-)

Ruszamy

Święta Bożego Narodzenia minęły szybko i nadszedł dzień wyjazdu. Ty razem startujemy z podkarpacia, przez Słowację, Austrię i Włochy. Droga chociaż długawa minęła dość szybko i bez konfliktowo – jak to już mamy w zwyczaju wieczorem dojechaliśmy do Villa San Giovanni gdzie zakupiliśmy bilety na prom do Messine, z Messine ruszyliśmy od Milazzo zatrzymując się po drodze w celu zakupu lokalnego winka i paru browarków.

Milazzo.

Zjeżdżamy do Milazzo – czuję się tu już prawie jak tubylec. W tym roku w tatrach nie byłem tyle razy co w tym mieście. Udajemy się od razu do miejsca gdzie zawsze zostawiamy samochód i co ciekawe miejsce znów puste – albo jakieś lewe albo wszyscy się tu boją zatrzymywać.

Plan jest taki: kupujemy bilety na jutro rano i szukamy jakiegoś campu gdzie można by przed namiotem oddać się przyjemności spożycia złocistego napoju przy okazji miłych rozmów. Jak to zwykle w życiu bywa plan to sobie można … planować a realia i tak nie muszą się z nim pokrywać.Biletów niestety nie udało się nam kupić ale w informacji linii promowej dowiadujemy się, że prom faktycznie jutro wypłynie i o poranku na spokojnie bilety możemy kupić. Miła pani nie potrafiła nam tylko wytłumaczyć jak dojechać do campingu ale wskazała kiosk z mapami.

Obadaliśmy mapy i ruszamy na poszukiwania campingów które wg. mapy powinny znajdować się na samym końcu cypelka na którym leży Milazzo. Po długiej jeździe udało się znaleźć camping jednak zamknięty. Jakoś tak wszyscy chyba postanowili zabalować przed sylwestrem zamiast przyjmować wspaniałych turystów z Europy centralnej.

„Trochę lipa” pomyśleliśmy, ale nie zrażając się zaczęliśmy poszukiwania jakiegokolwiek noclegu. Nasz patent na spanie w samochodzie sprawdza się idealnie gdy ruszamy z dziećmi ale czwórka ludzi w kwiecie wieku to już ciężko upchnąć w takim pojeździe. Po długich poszukiwaniach trafiliśmy do przemiłego pana który to w ramach B&B miał kwaterki „na górce”.

Ruszyłem z Benkiem negocjować ceny. Przemiły pan po krótkiej rozmowie zaczął się nam dziwnie przyglądać i dopytywać czy oby z nami są jakieś kobiety, ale gdy już się dowiedział, że są bezproblemowo zaoferował nam lokum. Wieczór minął szybko przy winku, piwku i pogaduszkach. Ustaliliśmy też wstępny plan działania, który i tak rano został zmieniony i zweryfikowany.

Promem na Stromboli

Prom wypływa rano, więc i my musieliśmy się zebrać skoro świt. Szybkie pakowanie, włoskie śniadanie, zakup biletów, pozostawienie samochodu w tradycyjnym miejscu (choć z lekką obawą) i płyniemy. Na promie okazuje się, że razem z nami płynie jeszcze szóstka polaków. Wodolot z Milazzo do Stromboli zatrzymuje się przy każdej wyspie liparyjskiej więc podróż się ciągnie (można było odespać). W końcu dopływamy. Stajemy na lądzie i po chwili czujemy się jak na przystanku PKSu w Zakopanym. Z każdej strony noclegowi naganiacze.

Stromboli

Plan jest taki: Ja z Justyną ruszamy na górę i tam śpimy. Beata z Benkiem poznają tubylców, szukają noclegu „jak ludzie” i zostają na rekonesans wyspy. Nie chcąc tracić czasu zostawiamy B&B (Beatę i Benka) w porcie a sami ruszamy na górę.

Trasa nasza wiedzie przez Sciara del Fuoco – zboczę po którym najczęściej spływa lawa do morza. Idziemy wąskimi uliczki którymi tubylcy śmigają zawrotną prędkością swoimi trójkołowymi pojazdami, aż wreszcie mijamy osadę i dalej nasza ścieżka biegnie w poprzek ponad dwumetrowej trzciny. Tutaj też pierwszy przystanek na porządne śniadanie połączone z obiadem oraz przepakowanie.
Ruszamy dalej, ścieżka to typowe serpentyny wiec kluczymy to w lewo to w prawo – obracamy się i widzimy, że jakieś dwie osoby idą również tą trasą – jak się później okazało byla to druga część naszej grupy czyli B&B. Po połączeniu sił ruszamy razem w stronę platformy widokowej.

Stromboli - uliczka wzdłuż wybrzeża

Sciara del Fuoco

Dotarliśmy do „pukntu widokowego” z którego można podziwiać aktywaność Stromboli. Tutaj też słyszymy pierwsze pomruki i chrząkniecia wulkanu.

Sciara del Fuoca - droga którą spływa lawa

Widoki może mało atrakcyjne ale dają już pewną namiastkę tego co będzie można zobaczyć na górze. Po wspólnym pamiątkowym zdjęciu rozstajemy się i ruszamy w górę. Droga najpierw wiedzie  przez gąszcze traw i zarośli, z czasem im wyżej tym wiecej piasku wulkanicznego skutecznie utrudniającego marsz. Kluczmy na to na lewo, to na prawo aż w końcu udaje nam się dotrzeć na samą górę. Na górę dotarliśmy od wschodniej strony krateru.

Na szczycie.

Wulkan dymi tak że nic nie widać. Na szczycie poza nami jest jakas grupa w północnych schronach (takie betonowe przystanki autobusowe) oraz dochodzi ekipa francuzów goniąc nas naszą trasą. Szybki posiłek i ruszamy wyżej by obejrzeć te wstapaniłe widoki znane nam z relacji innych. Wyżej jest już tylko piękniej. Okazuje się, że krater widziany od strony Sciara del Fuoco to taki co lubi sobie podymić a za nim jest jeszcze jeden co wali bez ogródek :)
Podchodzę bliżej i przymierzam się do zdjęcia aż tu nagle jak nie dupnie … nogi to mi się zrobiły jak z galarety – wziął mnie z zaskoczenia. Na kolejne wybuchy byłem już przygotowany ale ten pierwszy to mnie równo z nóg zwalił. Po serii fotograficznej i obejrzeniu jeszcze paru spektakularnych erupcji postanawiamy zejść w stronę północnych schronów i poszukać miejsca do spania.

stromboli-w-akcji

Od strony północnej uraczyliśmy się kolacją z snickersa i wody, obejrzeliśmy jeszcze parę ładnych wystrzałów i poszliśmy spać. Co ciekawe wulkan poszedł spać razem z nami i tylko od czasu do czasu sobie „chrapnął” jak chłop po żniwach. Niestety nie byłem do końca zadowolony  zdjęć bo co ustawiłem aparat na długą ekspozycję to wulkan sie uspokajał. Jak tylko migawka się zamknęła i aparat przetwarzał dane to wulkan dawał do wiwatu. Wot taki buntownik co to się fotografować nie lubi.
Noc minęła całkiem przyjemnie pomimo spania na kamieniach. Wstaliśmy o 7mej i ruszyliśmy w dół.

Na dole znów połączyliśmy siły i ruszyliśmy na plażę by usiąść przy wspólnym obiedzie, przy okazji wysłuchaliśmy kilku ciekawych historii jakie B&B wyciągnęli od tubylców. Po obiedzie spacer po plaży a później już tylko wodolot i … postanowiliśmy zawadzić jeszcze o Vulcano by skorzystać z siarkowych kąpieli.

Epilog

Po wymoczeniu się w siarce i powdychaniu śmierdzących oparów wróciliśmy na Sycylię. Na koniec zabraliśmy B&B na Etnę by pokazać im największy okoliczny wulkan a wieczorem spotkanie przy winkach i piwkach. Zbliża się sylwester a my musimy wracać do Polski. Noc w którą cały świat baluje spędziliśmy w samochodzie a północ zastała nas na stacji benzynowej w okolicy Neapolu. Polska przywitała nas śnieżycą, a nieodśnieżone drogi podkarpacia mocno poplić na ostatnich kilometrach

A dla zainteresowanych zapraszam do obejrzenia galerii z wyjazdu:

Nawet Carabinieri maja malowaną wizytówkę

Nawet Carabinieri maja malowaną wizytówkę

Stan licznika: 81749

« | »

2 komentarze

Beata

Maj 9th, 2011

jestem pod wrażeniem :)

Adrian

Luty 23rd, 2015

Hi there! Love the blog, i could eat pizza every night almost, retlncey built a Wood Fired Oven, will be trying some of these dishes out. Also just started my own blog on the food i cook, will definitely have its fair share of pizzas on itCheersMatt

Jeżeli masz tylko ochotę podziel się swoim komentarzem z nami