04

Grudzień

Grzesiek

3

Szwajcaria

Zermatt

Wpis z lekkim opóźnieniem jednak dopiero w ten weekend mam na tyle czasu żeby trochę nadrobić zaległości.

Prolog

Jest piątek rano, w Polsce rozpoczyna się długi weekend (11 listopad). O godzinie 9 rano rozprawiamy o tym co by tu robić. Od słowa do słowa padł pomysł wyjazdu do Zermatt (Szwajcaria). O godzinie 12.30 opuściliśmy Kraków udając się autostradą na zachód. Ostatni raz w Zermatt byłem parę lat temu a miasteczko to utkwiło mi w pamięci głównie ze swojego klimatu. Do miasteczka nie mogą wjeżdżać samochody. Wszelakie pojazdy zmechanizowane pozostawia się w Tash i spacerkiem lub kolejką można dostać się do samego Zermatt.

W drodze do Tash

W drodze zdaliśmy się na nawigację. Rzadko używamy tego szatańskiego wynalazku jednak tym razem powierzyliśmy się mu w 100%. Późnym wieczorem dojechaliśmy do Basel. Nazwę tą kojarzę z mojej poprzedniej wizyty w Zermatt i coś mi się tu przestało podobać. Justyna sprawdziła mapę i okazało się, że trochu nadłożyliśmy. Tak to jest jak człowiek całe życie na mapie jeździ to wynalazki mu jakoś nie służą. Od tej pory wyłączyliśmy autopilota i przy świetle czołówek obraliśmy kurs wg naszej niezastąpionej i lekko zniszczonej mapy. W okolicach 24.00 byliśmy już bardzo blisko więc postanowiliśmy zabiwakować na jakimś parkingu. Rano się okazało, że można tam parkować maksymalnie 4h jednak w nocy jakoś tego nie było widać.

Śniadanie w drodze

Szybkie śniadanie i czym prędzej w góry. Zjechaliśmy z autostrady i szybko się okazało, że trasa którą wyznaczyliśmy sobie w nocy jest o tej porze roku zamknięta a jakoś nam to umknęło przy czołówkach. Ale co tam grunt że pierwsze  śniegi już są i widoki bardzo ładne

Szwajcaria - przez Alpy

Szwajcaria - przez Alpy

Tak przedzierając się przez zamknięte drogi dotarliśmy do Włoch, których to w ogóle nie planowaliśmy. Jak przygoda to przygoda, pierwszą lepszą drogą w prawo skręciliśmy i małymi krętymi uliczkami (jak to we Włoszech) dojechaliśmy znów do granicy z Szwajcarią. Tym razem droga wydawała się prosta i szybka. Tak też południem dojechaliśmy do Tash. Szybki rekonesans wykazał, że zaparkować bez płacenia tu się raczej nie da więc stanęliśmy w samym centrum i czym prędzej do Zermatt.

Popołudniowe Zermatt

Gdy dotarliśmy do Zermatt okazało się, że słońce powoli chyli się ku upadkowi tj. zachodowi jednak piękne ciepłe światło oświetlało pagórki u stóp Matterhornu.

Zermatt - Matterhorn (zachód słońca)

Matterhorn piękny jak zawsze :) Chcąc popodziwiać widoki z góry planowaliśmy wyjazd na Gornergrat zębatką jednak o tej porze było to już niemożliwe a poprzednia kolejka uciekła nam pięć minut wcześniej. Na klain matterhorn też wjechać się już nie da. Lekko się załamałem bo planowałem w niedzielę o poranku wracać do domu.

Po spacerku zdecydowaliśmy, że wrócimy rano a co dalej to się okaże – najwyżej jakiś urlop na poniedziałek. Samochodem ruszyliśmy w poszukiwaniu potencjalnego miejsca na nocleg i zupełnie przypadkiem znaleźliśmy małą zatoczkę przy strumyku. Cóż więcej potrzeba do szczęścia. Szybka obiado-kolacja, wieczorne gry i zabawy i do łóżek. Rano przez szyby ujrzeliśmy pięknie oświetlone szczyty. Wschodzące słońce zwiastowało piękny dzień.

Kolacja "w krzakach"

Poranne słońce oświetla szczyty

Nie chcąc znów stracić cennych chwil szybko ruszamy do Zermatt. W Zermatt kupujemy bilety na kolejkę na Gornergrat i w wolnej chwili urządzamy sobie śniadanie na skwerku z którego rozpościera się piękny widok na szczyty.

Gornergrat

Kolejka zębata wciągnęła nas na samą górę. Słoneczko w pełni świeci a niebo czyste – taka listopadowa jesień nie zdaża się często. Z Gornergrat rozpościerają się wspaniałe widoki na Mata czy Monte Rosę.

Kolejka na Gornergratt

Gornergratt

DSC_0122

Spełnieni zjeżdżamy na dół. Jeszcze spacer po uliczkach i zakamarkach Zermatt i czas żegnać się z Szwajcarią. Weekend zbliża się ku końcowi a my daleko od domu.

Zermatt

Zermatt

Widok na Zermatt

Drogę tym razem obadaliśmy jak należy i chociaż z małą przygodą powróciliśmy do Krakowa w poniedziałek o świcie. Jeszcze szybka kąpiel i do pracy. I tak 3351.8 km mamy za sobą  – ale opłacało się

3k w weekend

« | »

3 komentarze

my

Czerwiec 24th, 2014

Jak ja się cieszę, że są jeszcze tacy turyści!!!!

Ewelina

Maj 6th, 2016

niesamowite:))zazdroszcze organizacji i determinacji:)

Mirosław Szczepka

Październik 29th, 2016

Gratulacje za taką odwagę tyle km. w takim czasie,my przygotowujemy się parę miesięcy . Jedziemy tam 06.2017 na 10 dni.

Jeżeli masz tylko ochotę podziel się swoim komentarzem z nami