26

Lipiec

Grzesiek

2

Svalbard

Nieplanowana zmiana planów

Korzystając z chwili dostępu do GSMu dzisiaj garść informacji z drogi.
Wychodząc z lotniska spotkaliśmy dwie osoby z polski. Jak się pózniej okazało poznaliśmy się już wcześniej korespondencyjnie ;-) nie sadziliśmy wtedy że jest to początek wielkiego spotykania Polaków na Spitsbergenie.
Rano gdy ruszylismy na śniadanie do campingowej kanciapy gdzie schodzą się wszyscy wczasowicze spotkaliśmy kolejną parę Polaków. Miła rozmowa przy wolowinie z ziemniaczkami szybko pochłaniała poranek. Owa para jest już przed ostatni dzień na Spitsbergenie i co mogli to zwiedzili.
Po śniadaniu szybko się pakujemy bo do Longyearbyen lawał drogi. Na szczęście podjechał autobus zawierający przyjezdnych (w sumie to przylotnych) z lotniska. Zapakowaliśmy się do busa i grzecznie czekamy na odjazd. Za chwilę przyleciał samolot z dostawa emerytów-polarnikow którzy to przylatuja tu by obejrzeć dzikie ostępy naszego globu.
Autobus rusza. W pewnej chwili słuchać polską mowę. Naszych tu conajmniej jak w Londynie. Delikatnie badamy kto. Okazuje się, że to osobnik z tutejszego uniwersytetu.
Docieramy w końcu do Longyearbyen. Robimy ostatnie zakupy i udajemy się jeszcze do biblioteki w celu skorzystania z wifi (człowiek to jednak spaczony jest ta cywilizacja).
Wychodząc z biblioteki ruszylismy w stronę Paulsena wypożyczyć broń i ruszyć w podbój nieznanego.
W pewnej chwili zajeżdża nam drogę rower i podejrzany typ wita nas znajomym „cześć”. Okazuje się ze to kolejny lokalny Polak. Sebastian (to ten nowo poznamy osobnik) zaproponował nam zwiedzenie uniwersytetu z czego nieomieszkalismy skorystac. Po drodze przedstawiliśmy mu nasze plany. Które wywołały u niego nie mały entuzjazm. Po chwili już połowa osób na uniwerku wiedziała ze pewna grupa w tym dwóch młodocianych chce ruszać lądem do Piramid. Jako, ze Sebastian zajmuje się logistyka na uniwerku to dość dobrze zna okolicę. Wg niego nie ma szans o tej porze roku przedostać się przez Sasendallen. Rzeka jest tak wielka, że bez potonu rady nie damy.
Po krótkiej konsultacji postanawiamy ruszać do Barentsburga. Może nie będzie to tak widokowa trasa ale co tam w końcu wakacje to wakacje. Dopełnieniem wszystkiego była informacja, ze w okolicach Piramid kręci się właśnie mama misiowa ze swoimi dziećmi. A jakoś nie bardzo pałamy ochotą urozmaicenia jej menu :-)
Ruszylismy w dolinę Bjorndallen w stronę Barentsburga. Widoki wcale nie najgorsze. Od czasu do czasu towarzyszą nam grupki reniferów. Ciekawie przyglądając się tym co to im łażą po ich terenie. Wczoraj przekroczylismy lodowiec Grumantbreen i jesteśmy u podnóża doliny Colesdallen. Jutro przeprawa przez kolejną większą rzekę. A pózniej już prosto do rosyjskiej osady.
A propo reniferów. Pewnie każdy zna kawał o tym jak wyglada Syberyjski wychodek – dwa kije. Jeden do zawieszenia kufaji a drugi by odganiać niedźwiedzie. Tutaj można by zastosować podobna analogię. Tyle ze z braku wyższej roślinności gdy człowiek wybierze się „na stronę” to ma widok aż po horyzont. I właśnie wtedy można najlepiej podziwiać renifery które nie kłopotane ludzkim gadaniem spokojnie zajadają sobie trawkę w okolicy.

Zdjęć dzisiaj nie będzie bo zasięg jest ledwo co i trzeba telefon na kijku trzymać trzy metry nad ziemia żeby coś złapało ;-)

« | »

2 komentarze

Beata

Lipiec 28th, 2013

Pozdrowienia z Banicy..goracej Banicy..rowniez odcietej od netowego swiata (tylko w ulamkach sekundy mozna cos przesłac ;-) )
pozdrowka ludziki :)

Grzesiek

Lipiec 30th, 2013

Dzięki. No to miłego zajadania Banickich serów ;-)

Jeżeli masz tylko ochotę podziel się swoim komentarzem z nami