08

Grudzień

Grzesiek

1

Praktycznie / Relacje

Podróż na Krym – notatki z pamiętnika

widok z twierdzy Sudak

Przy okazji prowadzonych zmian na stronie, postanowiłem się zmobilizować i napisać wreszcie krótką relację z wyjazdu na Krym a dodatkowo okrasić ją garstką zdjęć.

W ramach majówki postanowiliśmy odwiedzić Krym. Podobno piękne miejsce, kiedyś wielu naszych krajan bywało tam na wakacjach ceniąc sobie je bardziej niż jakiekolwiek inne. O Krymie wiele się też nasłuchaliśmy od znajomych. Decyzja zapadła jedziemy.

Przygotowania

Z przygotowaniami jak zwykle najciężej. Plan wyjazdu zmieniał się z godziny na godzinę i do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy kiedy wreszcie pojedziemy. W pierwszy dzień wolnego szkoła naszych dzieci organizuje „dzień szkoły” a my aktywnie w nim uczestniczyliśmy co też wpłynęło na opóźnienie wyjazdu. W końcu uporaliśmy się z edukacją wróciliśmy do domu, spojrzeliśmy w zapasy i powrzucaliśmy co się tylko nadawało – najwyżej czegoś nam zabraknie.
Planowana trasa biegła przez przejście graniczne w Krościenku. Wiele się nasłuchaliśmy o innych przejściach (Korczowa czy Medyka) i postanowiliśmy ich uniknąć, kierując się na małe przejście w Bieszczadach. Jednak jak to w zaplanowanym wyjeździe bywa, dotarliśmy do Przemyśla i padła propozycja by jednak zobaczyć jak wygląda sytuacja w Medyce. Bo niby po co tułać się gdzieś w Bieszczady jak można szybko przeskoczyć granicę.
Wielokrotnie przekraczałem już to przejście (Grzesiek) i wiem, że nie jest to miejsce przyjazne turystom, jednak tym razem zostałem mile zaskoczony. Po niecałych trzydziestu minutach nasz pojazd był już po stronie Ukraińskiej.
Na granicy przy odprawie celnik zmierzył nasz pojazd z góry do dołu i oddając dokumenty powiedział: „dobry samochód na ich drogi”. Spodziewaliśmy się drogowego armagedonu.

Po stronie Ukraińskiej

Przejeżdżamy granicę. Ku naszemu zaskoczeniu jedziemy nowiutkim asfaltem. Trakt do Lwowa prowadzi nową drogą wybudowaną na Euro2012. No tak to w końcu z nimi organizowaliśmy mistrzostwa i nie tylko u nas trzeba było drogi lepić. Piękna, równa droga prowadziła do samego stadionu za Lwowem (nie wiem jak dalej), z której jednak musieliśmy zboczyć w stronę Ternopila. Gdy tylko skręciliśmy z wcześniej wspomnianej drogi stadionowej naszym oczom ukazał się jeden wielki brak asfaltu. Wyjazd co prawda miał być po bezdrożach Krymu, więc może i źle nie będzie.
Po kilku kilometrach okazało się, że jednak nie jest to turystyczny rarytas. Dziury w drodze takie, że Smart mógłby się w nich schować cały. Ludzie radzą sobie jak mogą jeżdżąc od lewego do prawego pobocza – nie zważając na to czy ktoś jedzie z przeciwka czy też nie. Na początku jechaliśmy za miejscowymi licząc, że znają oni przesmyki niczym kapitanowie okrętów pomiędzy górami lodowymi. Szybko jednak się okazało, że tutaj każdy radzi sobie sam i wybiera taką drogę by jego samochód najmniej ucierpiał.

Za Lwowem asfalt lekko wyparował

Za Lwowem asfalt lekko wyparował

Ukraińskie drogi mają to do siebie, że posiadają szerokie utwardzone pobocze, niewiele myśląc zjechałem z drogi na pobocze i zacząłem nim jechać. No to jest trasa. Mijamy wszystkich prawą stroną, prędkość można rozwinąć ponad 40 – jest szansa, że dojedziemy jednak na ten Krym. Tępo jazdy zostało szybko skorygowane, gdyż na poboczu dziur co prawda nie było ale czyhały na nas inne niespodzianki – np. drzewo włożone w jakąś wielką wyrwę.

Ternopile

Dojechaliśmy do Ternopile. Miasto kiedyś widziało asfalt ale w chwili gdy my tam byliśmy ślad po nim zaginął. Drogi szerokie – widać, że kiedyś były pasy do skrętów etc ale dzisiaj nie ma nic (oznaczonego oczywiście). Justyna stara się trzymać kurs a ja staram się omijać jakoś dziury nie zahaczając o jadące z lewej i prawej samochody. Podczas tej nierównej walki minąłem skrzyżowanie na którym mieliśmy skręcić i lekko zagubiłem się w mieście jednak po chwili byliśmy już na wylotowej drodze. Za miastem asfalt pojawiał się już coraz częściej

Stróże prawa

Gdy pojawił się asfalt to i jazda zaczęła mijać trochę szybciej. Dojechaliśmy do jakiegoś pojazdu który poruszał się z wyjątkowo niską prędkością a że były zakręty więc grzecznie sunęliśmy za nim. W tym czasie miejscowi, nie przejmując się niczym wyprzedzali w najlepsze. W pewnej chwili pojawiła się piękna długa prosta trasa. Wrzucam kierunek i rura. Wreszcie minęliśmy spowalniacza. Nie nacieszyłem się długą drogą, gdyż wracając na swój pas widziałem już czujnego stróża prawa który wyciągał lizak by machnąć mi w celu zjazdu na pobocze.
Zatrzymałem się do kontroli, policjant poprosił o dokumenty oraz o podejście z nim do samochodu. Rozmowa była dość ciężka, gdyż nie mogłem go w ogóle zrozumieć. W końcu przyszedł jego kompan i oświadczył, że ze mną nie ma sensu rozmawiać po ukraińsku bo ja i tak nie rozumiem, tu trzeba po rosyjsku. No i jak przeszliśmy na język wielkiego brata to wszystko zaczęło się klarować. Dowiedziałem się o tym jak niebezpieczny manewr wykonałem bo linia była ciągła no i jak strasznie dużo trzeba wpisywać w formularzach od mandatów. Został mi zademonstrowany przykładowy blankiet z ogromem krateczek do wypełnienia. Cel był jeden i obaj wiedzieliśmy jaki – kwestia była raczej ustalenia kwoty mandatu. Jakoś nikt nie chciał podać swojej ceny więc znów przyszedł kolega policjanta i mówi, że u nich za takie wykroczenie będzie z 600€. Nie ukrywam, że takiej kwoty to się nie spodziewałem (oni chyba też). No i zaczęły się negocjacje, finalnie stanęło na około 100 PLN (to był najdroższy mandat jaki zapłaciłem na Ukrainie).
Po uiszczeniu opłaty panowie jeszcze raz mnie upomnieli, że droga na Krym daleka i powinienem uważać na takie manewry. No dobra (myślę sobie) lekcja była dobra – teraz już wiem na co uważać. Ruszamy dalej.
Nie minęło może trzy godziny wyjeżdżamy z zakrętu a tu kolejni stróże prawa nas zatrzymują i pokazują mi na kamerze (takiej zwykłej na statywie), że na znaku STOP się nie zatrzymałem a jedynie zwolniłem. No nic kolejne starcie. Tym razem poszło szybko i sprawnie. Każdy wiedział co miał robić. Tym razem mandat stanął na około 20PLN chociaż kręcili nosem, że mało i może żona ma więcej – w końcu powiedzieli, żeby jechać. Justyna stwierdziła, że jak będziemy mieć takie tempo to mandatów do Krymu zapłacimy tyle, że nam kasy zbraknie :) Na szczęście to był już ostatni – wiedziałem co robić i jak jeździć. To był dzień cennych aczkolwiek kosztownych doświadczeń.

Docieramy na Krym

Po dwóch dniach jazdy, docieramy na Krym. No i tu się pojawia pierwszy problem – gdzie jechać i co oglądać. Czasu nie ma na tyle by na spokojnie eksplorować bezdroża a z drugiej strony jest trochę ciekawych miejsc które warto by było zobaczyć. Zatrzymujemy się pod znakiem oznajmującym, że jesteśmy na Krymie i przeglądamy zakupiony dzień przed wyjazdem przewodnik i mapę. Decydujemy się odbić na zachód by następnie przez południe dojechać na wschód skąd wrócimy długą mierzeją.
Ruszamy więc w stronę Simferopola poczynić pewne drobne zakupy i odbijamy w stronę morza. Wieczorem dojeżdżamy do Mykolaivka. Zaczynamy się powoli rozglądać za noclegiem, wg. naszej mapy nad more (wzdłuż brzegu) powinna być droga więc klucząc po mieście szukamy dojazdu do niej. Finalnie decydujemy się na spacer nad morzem. Dwa dni tułania się po Ukrainie trzeba uczcić zamoczeniem nóg w słonej wodzie. Wieczór jest raczej ciepły – chociaż lokalni mieszkańcy ubrani już dość grubo, dziwnie przyglądali się nam biegającym po wodzie.
Pospacerowaliśmy plażą w jedną i drugą – drogi nie ma.  W sumie to dziwne gdyby gdzieś tu była. No nic trzeba szukać miejsca do spania. Wsiadamy do samochodu, opuszczamy miasteczko i szukamy jakiejś polnej drogi która by prowadziła w ładne miejsce. Nie odjechaliśmy daleko gdy w stronę morze odchodziła polna dróżka – próbujemy. Po krótkiej jeździe stoimy na wysokim klifie a przed nami rozpościera się, aż po horyzont morze czarne a na jego końcu słońce próbuje skąpać się w jego wodzie.

Na początku uderzyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zachód przywitał nas pięknymi kolorami

Na początku uderzyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zachód przywitał nas pięknymi kolorami

Pooglądaliśmy okolicę – zejście do morza lekko utrudnione – wręcz niemożliwe ale jest droga więc pewnie też prowadzi do jakiegoś miejsca gdzie da się zejść. Sprawdzimy to rano, dzisiaj trzeba się gdzieś rozbić. Jeszcze chwilę kluczymy, by po przedarciu się przez gąszcz krzaków zatrzymujemy się w dość przyjemnym miejscu. Po chwili żar ogniska bucha a my szykujemy zakupioną kiełbasę na kolację.
Rano skoro świt ruszamy nad morze. Piękna pogoda, słońce grzeje. Jedziemy wzdłuż klifu w kierunku Mykolaivka by po chwili dojechać do miejsca z którego da się zejść. Nie jesteśmy sami, bo już jakiś samochód stoi. Parkujemy i rura do wody. Zejście na plażę jest może trochę kłopotliwe i wymaga zeskakiwania z murków jednak nagrodą jest plaża na której jest pusto. Zbudowaliśmy zamek, chłopaki się trochę pochlapali, ludzie zaczęli się schodzić więc postanowiliśmy ruszać dalej, no bo co robić na takiej plaży.

Bakczysaraj

Czas coś zwiedzić, w myśl piosenki fasolek „przez łąki, przez pola pędzi fasola”, ruszyliśmy przez łąki unikając asfaltu prosto do byłej stolicy chanatu Krymskiego. Jest tu co zwiedzać. Do Bakczysaraju dojechaliśmy od jakiejś mało popularnej strony, gdzie stare kamienice straszą niszczejąc. Widać, że kiedyś tu się dbało o budownictwo bo kamienice dość okazałe. Jednak im bliżej centrum tym ciaśniej w zwiedzające tłumy, parkingi z masą samochodów i autobusów. Po drodze mijamy od groma pojazdów z Polskimi tablicami. Patrząc na ten tłum odpuszczamy sobie pałac chanów i przedzieramy się w kierunku skalnego miasta Czufut Kale. Dojeżdżamy do końca drogi, skąd trzeba ruszyć z buta. Zaczynamy rozglądać się za parkingiem gdy lokalny naganiacz zatrzymuje nas i mówi, że jak chcemy do skalnego miasta to takim samochodem możemy dojechać od drugiej strony przez góry. Jego znajomy przewodnik za odpowiednią dolę nas poprowadzi. Grzecznie podziękowaliśmy za informację jak i za przewodnika. Na co usłyszeliśmy – sami nie znajdziecie. No nic – kto jak nie my :) Zjechaliśmy na pobocze by dać możliwość przejazdu autobusom tłumnie dostarczającym świeżych turystów. Chwila analizy mapy i jest miejsce gdzie powinno być to miejsce które powinno nas doprowadzić do skalnego miasta. Jedziemy, klucząc wąskimi uliczkami. W pewnej chwili jesteśmy już na wzniesieniu ponad miastem. No i gdzie teraz ? Zatrzymujemy się na kolejną analizę mapy i ruszamy przed siebie po chwili dojeżdżamy do miejsca gdzie droga kieruje się w stronę gór i lasów. No to pewnie dobry kierunek – myślimy. Po chwili mija nas radziecki samochód terenowy marki Gaz wypchany turystami. To potwierdza nasze podejrzenia co do słuszności kierunku. Ruszamy za nim w pogoń. W pewnej chwili samochód przed nami dojeżdża do szlabanu i kierowca ugaduje coś z osobami przy nim po czym wjeżdża. Oj – pomyśleliśmy, może się okazać, że bez lokalnych się nie dostaniem. No nic próbujemy metodą na bezczelnego turystę – podjeżdżamy i pytamy czy do skalnego miasta to tędy – usłyszeliśmy, że tak tylko wjazd kosztuje bo to teren parku. Ujściliśmy opłatę i ruszyliśmy przed siebie. Dalej droga robiła się coraz ciekawsza, jednak zgubiliśmy naszego przewodnika a drogi odchodziły w każdą stronę.

Droga przez Krymskie góry

Droga przez Krymskie góry

Dopadliśmy naszego nieformalnego przewodnika

Dopadliśmy naszego nieformalnego przewodnika

Po krótkiej jeździe dojeżdżamy do punktu widokowego, gdzie napotkaliśmy wcześniej gonionego Gaz-a. To znak, że nadal zmierzamy w odpowiednim kierunku. Widoki są piękne – na rozległą dolinę i góry. No to krótki odpoczynek. Kanapeczki, zdjęcia, podziwianie piękna przyrody oraz kątem oka badamy gdzie jedzie nasz „przewodnik”. Po upojnym kanapko-obiedzie ruszamy dalej by po chwili stanąć przed bramą skalnego miasta. Faktycznie od tej strony jest dużo lepiej. Ludzi mało – parę samochodów. Większość stanowiła ekipa filmowa która kręciła jakiś materiał. Udajemy się na zwiedzanie a słońce pali niemiłosiernie.

W stronę Jałty

Po zwiedzeniu skalnego miasta, wracamy górskimi leśnymi dróżkami (u nas ta trasa na bank by była pozamykana dla samochodów) do miasta by szybko od niego odskoczyć jakąś polną alternatywą i jedziemy w kierunku sławetnej Jałty by zobaczyć jeszcze sławniejsze kukułcze gniazdo. Droga na mapie poprzeplatana serpentynami. Jedziemy w stronę gór Krymskich. Jak ktoś nie przepada za kręceniem na serpentynach to radzę ominąć tę drogę, ja lubiący miałem już ich dość :) Nie jest to jakaś straszna droga z przepaścią, gdyż jedzie się praktycznie cały czas lasem jednak serpentyny ciągną się bez końca. Co jakiś czas na zakrętach są miejsca postojowe gdzie można się posilić, wypić coś czy odpocząć od kręcenia kierownicą lub pedałami w zależności kto czym jeździ. W końcu jest szczyt, zaczynamy powoli toczyć się w dół. To znak, że zbliżamy się do (chyba) najpopularniejszej części Krymu. Miejsce kurortów. Do Jałty dojeżdżamy wieczorem. Trochę kluczymy by znaleźć miejsce dojazdu do kukułczego gniazda jednak po dwóch podejściach się nam nie udało, pooglądaliśmy zatem tę ikonę Krymu z tarasu widokowego i postanowiliśmy opuścić ten rejon, gdyż zrobiło się ciasno i gęsto jak w trójmieście w środku wakacji.

Jałta - Kukułcze gniazdo - to miejsce chyba każdy kiedyś widział. My tu tylko przelotem ze względu na tłumy

Jałta – Kukułcze gniazdo – to miejsce chyba każdy kiedyś widział. My tu tylko przelotem ze względu na tłumy

Przejazd przez miasto graniczy z cudem. Krakowskie korki o świcie są niczym w porównaniu z tym co zastaliśmy w mieście. Multum osób idących na wieczorną balangę, nowi dojeżdżali, próbowali gdzieś zaparkować, jakieś scysje, przepychanki kierowców połączone z bujną wymianą epitetów na swój temat. Jak tylko przedarliśmy się przez ten miejski busz postanowiliśmy uciec w stronę wschodnich stepów. Tam na pewno będzie bardziej spokojnie. W mieście zastał nas wieczór i zrobiło się dość późno. W takim miejscu ciężko znaleźć miejsce na nocleg. Wszędzie ludzie… brrrrr. Jedziemy wzdłuż wybrzeża szukając jakiegoś miejsca gdzie można by się zdrzemnąć. W końcu dochodzimy do wniosku, że nie ma szans zatrzymać się nad morzem, więc odbijamy w pierwszy lepszy las. Kluczymy trochę po tym lesie po czym zatrzymujemy się na środku jakiejś ścieżki – dzisiaj śpimy tu. Scieżka nie wygląda na jakąś mocno uczęszczaną, pewnie do rana nie będziemy nikomu przeszkadzać. Rozłożyliśmy nasze samochodowe łóżko i oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Noc minęła bezkolizyjnie. Rano opuściliśmy grzecznie las kierując się w stronę twierdzy Sudak.

Sudak

Krajobraz jest tu całkowicie odmienny niż w zachodniej części Krymu. Wzgórza pokrywają winorośl-są wszędzie. Jeżdżąc bocznymi drogami trochę ich po-podziwialiśmy. Istna kraina wina – no to trzeba będzie coś podegustować. Tymczasem docieramy do Sudaku. Twierdza wielka, widoczna jest z daleka. Miejsce mocno turystyczne, wszędzie sprzedawcy pamiątek. Wchodzimy do zamku a w środku – pusto :) Z wielkiej twierdzy z osadą pozostały tylko nieliczne jego części  np. zbiorniki na wodę czy meczet. Miasto Sudak było kiedyś największym portem Krymu oraz bardzo ważnym punktem handlowym.

Twierdza Sudak

Twierdza Sudak

Z Sudaku jedziemy dalej na wschód. Naszym celem są wulkany błotne, które są przy granicy z Rosją. Po drodze urządzamy sobie krótką przerwę na plaży by chłopaki mogli popluskać się w wodzie z meduzami, zakupujemy trochę lokalnego wina i odwiedzamy stare, niszczejące kurorty pamiętające czasy świetności turystycznej Krymu.

Wulkany błotne

Jedziemy w stronę miejscowości Kerch gdzie powinny być wulkany błotne (przynajmniej tak gdzieś o nich kiedyś czytałem przyp. Grzesiek). Od czasu opuszczenia Sudaku ciągle jedziemy asfaltem, więc droga mało atrakcyjna. Patrzymy na mapę czy daleko jeszcze – a przed nami kawał drogi a piękne, niezamieszkane stepy po lewej i prawej stronie. No tak to nie będzie. Odbijamy w pierwszą „w lewo” i ruszamy na przełaj przez stepy – od czasu do czasu jedziemy jakąś polną, od czasu do czas kluczymy w morzu traw. Teren piękny, śmiem nawet powiedzieć, że jest to najpiękniejsza część Krymu. Jedyni mieszkańcy tego rejonu to ptaki którym trochę przeszkadzaliśmy jeżdżąc przez ich podwórko. Od czasu do czasu zdarzało nam się wjechać do jakiejś miejscowości. Na dodatek od strony gdzie chyba nikt nie przyjeżdża wywołując wielkie zdziwienie u mieszkańców tych wiosek. A propo wiosek to wyglądały jak nasze stare po-pgr-owe wsie na Podkarpaciu. Wieczorem ujrzeliśmy morze Azowskie. Tu zabiwakujemy. Dojeżdżamy do brzegu. Okazuje się, że wzdłuż brzegu biegnie droga którą lokalni przyjeżdżają tu oderwać się trochę od codziennych obowiązków. Koło nas rozbiły się dwie rodziny. Zachód słońca zgotował nam niezłe widowisko bo słońce rozpaliło morze do czerwoności.

... decydując się w końcu ukryć za horyzontem

Słońce decyduje się w końcu ukryć za horyzontem

Wspaniałe miejsce by przy krymskim winie, szumiącym morzu podziwiać zachód słońca. Chłopaki ruszyli do wody i buszowali w niej do późnej pory.

Rankiem okazało się, że cała plaża wypełniona jest muszlami, w zakamarkach skał jest mnóstwo ryb a woda ma kolor zielonkawy. Miejsce przewspaniałe by tu posiedzieć. Rozgościliśmy się na plaży w poszukiwaniu ładnych muszli do domowej kolekcji, popluskaliśmy w wodzie, postraszyliśmy wygrzewające się węże, węże postraszyły trochę nas, wot sielanka.

Trzeba jednak jechać szukać tych wulkanów. Jedziemy łąkami do miejscowości Bondarenkowo w okolicach której znajdują się owe wulkany. Po drodze mijamy wielkie słone jezioro, które w okresie letnim wysycha i tworzy jedną wielką białą plamę. Zjeżdżamy by przyjrzeć mu się z bliska. Okazuje się, że pod warstwą soli jest bardzo miła dla ciała warstwa czarnej mazi która wcale nie ma ochoty się zmyć, zwłaszcza, że w okolicy nie ma żadnej wody.

jak okiem sięgnąć czysta i nieskazitelna sól - no może poza naszymi śladami

jak okiem sięgnąć czysta i nieskazitelna sól – no może poza naszymi śladami

Dojechaliśmy do wsi Bondernkowo ale ani śladu wulkanów, informacji, tabliczek etc. No nic wjechaliśmy od strony niepopularnej więc i nic nie ma. Jeździmy po wsi w tą i z powrotem, na pobliskie pagórki ale nigdzie nic nie ma. No nic trzeba szukać. Udajemy się na przełaj przez łąki rozglądając się czy gdzieś nie widać czegoś nienaturalnego. W pewnej chwili na jakimś pagórku Justyna wypatrzyła ludzi. Ruszamy w ich stronę. Dojeżdżamy i pytamy ich o wulkany. Mina napotkanych osób była bezcenna. Gdyż nie spodziewali się jakiegoś samochodu wśród  pagórków. Ale powiedzieli nam, że oni uważaja. że tam się nie da dojechać a najlepiej zapytać gościa który idzie na końcu. Finalnie dowiedzieliśmy się, ze trzeba jechać w stronę baraków które widać gdzieś daleko i od nich już zobaczymy wulkany. I tak też uczyniliśmy i się udało (dla zainteresowanych podaję koordynaty: N45°25.558 E036°28.665). Wulkany są trochę inne niż te które widywaliśmy do tej pory. Nie są to wielkie góry groźnie wyglądające a jedynie małe kopczyki z których wypluwane jest błoto. Na koniec Justyna z Pawłem urządzili sobie kąpiel błotną (podobno to błotko to takie jakiego używa się w spa) i trzeba ich było odwieźć na kąpiel do pobliskiego morza.

błotnistych wulkanów ciąg dalszy

Wulkany błotne

Przy okazji kąpieli zjechaliśmy na plażę gdzie jacyś lokalni budowlańcy nabierali piasek, nie wiem czy do końca legalnie – nie mniej ich zdziwienie było bezcenne, gdy zobaczyli jak wypadają ludzie z samochodu – rura do morza, myją nogi i spadają.

Wszystko co dobre kiedyś się kończy

Długi majowy weekend powoli zbliża się ku końcowi a i nam czas wracać do kraju. Na koniec jeszcze jedna atrakcja (w planie była jeszcze elektrownia atomowa ale zapomniałem spisać sobie gdzie ona jest) przejazd długą na ponad 100km mierzeją Arabatskaja Striełka. Droga mierzeją jest naprawdę godna polecenia. Droga jest gruntowa więc trzeba się liczyć z tarką na długim odcinku drogi, niemniej jednak warto się przejechać. Gdzieś pośrodku mierzeji urządzamy nocleg – ale komary tak nas cięły, że nie zdecydowaliśmy się długo zabawić na plaży. Dalej już czarną asfaltową drogą prosto do Medyki i do domu.

Dla tych co im mało, zapraszam do obejrzenia galerji z wyjazdu: Krym, Maj  2013

« | »

One Comment

BeataTychańska

Grudzień 9th, 2013

bardzo ładnie tu u Was :) no i w końcu coś ruszyło z zaległymi relacjami :)

Jeżeli masz tylko ochotę podziel się swoim komentarzem z nami