03

Luty

Grzesiek

0

Nowinki

Ćennaj – mizantrop w ludzkiej dżungli

Po przesiadce w Berlinie i Abu Dhabi dotarłem wreszcie do Chennai. Transfer w Abu Dhabi była tak szybki, że nawet nie zdążyłem zasmakować się w tym ich arabskim luksusie – może w drodze powrotnej będzie chwila. Lot nad półwyspem arabskim robi wrażenie. I nie chodzi mi tutaj o wysokie budowle znane wszystkim ze zdjęć Dubaju czy też ogromnego parku Ferrari ale o surową pustynię i góry które wyglądają  dziewiczo.

Przed lądowaniem otrzymaliśmy formularze celne w których to każdy zaznacza, że nic cennego nie wwozi ;-). Z wypełnionym formularzem, zadowolony ruszyłem do kontroli paszportowej jednak tam okazało się, że trzeba wypełnić jeszcze formularz imigracyjny dostępny w okienku obok (że też nigdy nie mogą dać wszystkiego za jednym zamachem). Zgodnie z zaleceniami starałem się pisać ładnie wpisując jedną literkę do kratki ale jak dotarłem do pola adres to w połowie skończyło się miejsce. Widać lokalny projekt nie obejmował lokalnych adresów. No nic nie ma miejsca to nie wpisuję.

Pani celnik jednak nie dała się zwieść mojej pięknej kaligrafii i Stwierdziła, że adres hotelu jest ważny i ma być cały i żebym olał te ich kratki bo normalny adres się nigdy tam nie zmieści ;-) Po czym wpisała resztę, wbiła pieczęć i puściła dalej.

Witajcie Indie

Na lotnisku miała mnie odebrać ekipa z biura więc wyszedłem na pewniaka a tu naskoczyła mnie cała banda taksiarzy oferując podwózkę do hotelu. Czułem się jakbym wysiadł z autobusu w Zakopanym. Nie dawali za wygraną, że ktoś tu może na mnie czekać. Chwilę później pojawił się człowiek z wszystko mówiącą kartką „Welcomes Grze” i kwiatami :-).

Indie nigdy nie były na topie miejsc które chciałem odwiedzić. Niemniej jednak gdy się już tu jest to żal by było czegoś nie zobaczyć. Pierwsze plany były dość bogate – jednak z czasem trochę je „redukowałem”. Po transferze lotniskowym wiedziałem już, że wypożyczenie samochodu nie wchodzi w rachubę (przynajmniej tym razem). Sposób jazdy lokalsów odbiega lekko od przyjętego standardu w Europie i taka jazda pochłonęła by chyba całą moją uwagę uniemożliwiając delektowanie się okolicą.

Ostatecznie postanowiłem zwiedzić okolicę w promieniu 15 km z tzw „buta”.  W piątkowy wieczór szybko obejrzałem mapę i nakreśliłem szybki plan. Na liście znalazła się  świątynia Kapaleeshwarar z VIIw, plaża, sprawdzenie czy ocean indyjski jest zimny oraz czy po drogach kręcą się sławetne krowy.

Po pierwszej godzinie marszu moje umiejętności w przekraczaniu jezdni osiągnęło zadowalający poziom i nie miałem już żadnych problemów by „myknąć” przez jezdnię pomiędzy dzikim tłumem roztrąbionych kierowców. A muszę powiedzieć, że na początku łatwe to to nie było

Ulica jest typowo azjatycka. Można tu zakupić, zjeść czy naprawić wszystko co potrzeba – od zakupu drutu żebrowanego po usługę prasowania czy oprawienia obrazu. Można również zjeść pięciogwiazdkowego fast food-a

facebook_20160130_007

Idąc ulicą czuję jednak ciekawskie spojrzenia tubylców zwłaszcza dzieci które to nie ukrywają swojego zainteresowania i zawsze coś zagadną. Indie to dość popularny kierunek turystyczny myślałem, że przewala się tu sporo białych europejczyków i dla tych ludzi to chleb powszedni (chyba, że Ci co przyjeżdżają nie spacerują ulicami – jak np. zorganizowane wycieczki).

A wracając do ulicy – dzieje się tutaj wiele prasowanie, szycie, naprawianie samochodów, malowanie bramy pistoletem lakierniczym a zaraz obok wyrabianie ciasta na tutejszą przekąskę – jedni drugim w niczym nie przeszkadzają.Problem tylko gdy chce się zrobić zdjęcie – jak tylko wyczają, że się wyciąga aparat to od razu się ustawiają do zdjęcia :-)

Zakład kamieniarski

Po długim marszu dotarłem do świątyni Kapaleeshwarar i tutaj niestety przykre rozczarowanie. Fasada w remoncie – kurcze jak sezon to remontują, zupełnie jak w Krakowie – nikt nie myśli o turystach ;-).

Kapaleeshwarar Temple

Pokręciłem się trochę po świątyni a gdy wychodziłem przez bramę przydybał mnie lokalny tuk-tukowec oferując swoje usługi. (ogólnie ludzie nie są tutaj jakoś specjalnie nachalni w porównaniu do np. takiego Bangkoku). Tym razem trafiła się twarda sztuka. Uparł się, że będzie mnie obwoził po okolicy i pokaże wszystko co ważniejsze. Negocjowaliśmy chwilę po czym mu powiedziałem, że nie ma takiej możliwości i poszedłem. Dziesięć minut później zajeżdża mi drogę – „może jednak pojedziesz” słyszę – twardziel ale nie dałem się.

W drodze na plażę uderzył mnie blask białego wielkiego kościoła – całkowicie nie pasującego do tutejszej architektury. Okazało się, że to rzymsko-katolicka Katedra św Tomasza z polskim akcentem jakim jest figura Jana Pawła II.

Katedra św Tomasza

Za kościołem jest już plaża więc wychodzę na nią i to co zobaczyłem przeszło moje oczekiwania – już dawno nie widziałem nigdzie tak zasyfionej plaży. Jacyś ludzie mieszkający w ledwo stojących domkach (o ile można to nazwać domami w naszym mniemaniu), brud, syf, odchody etc – no dramat

Plaża

Dochodzę do oceanu a z oddali słyszę – „hello Sir” – odwracam się a tam nikt inny jak znajomy TukTukarz. Gość podchodzi i mówi – to nie plaża dla turystów, tu strasznie brudno. Ja Cię zawiozę w lepsze miejsce (oficjalna turystyczna plaża jest niedaleko i planowałem przejść do niej wzdłuż brzegu). Gdy zauważył mój opór zmienił taktykę – jak chcesz iść to idź ale ja bym Cię do sklepu podwiózł i z powrotem – wiesz ja od tego dostaję bonus. Niestety nie udało mu się mnie ugiąć więc na odchodne zostawił mi numer telefonu i powiedział, że gdybym był zmęczony to mam dzwonić. Bo to nie możliwe żeby tyle chodzić ;-)

Klucząc pomiędzy niezidentyfikowanymi odchodami idę w kierunku tej nowej – lepszej plaży. Ocean cieplutki. Trochę ludzi na plaży – ogólnie sielankowo – aż się nie chce wierzyć że 300m dalej był taki syf.  Na plaży od czasu do czasu można napotkać wielkiego żółwia (co prawda nie wiem czy żywego bo zagadywałem do jednego ale coś nie reagował na moje zaczepki) lub poławiaczy morskich stworzeń.

Żółw na plaży

Plaża Marina i okolica to już inna bajka, całe mrowie sprzedawców owoców, wody etc i oczywiście cała masa ludzi – chociaż nikt tutaj nie uprawia parawaningu.

A co do krów to faktycznie się wałęsają czasami poboczami ale nie są to jakieś dzikie stada – ot sztuka tu sztuka tam.

Krowa z kolorowymi rogami

Na koniec ciekawostka budowlana – zauważyłem, że wszystkie budynki do czterech pięter mają dość partyzanckie rusztowanie – ale nie wiem co to za rodzaj drzewa.

Rusztowanie

« |

Jeżeli masz tylko ochotę podziel się swoim komentarzem z nami