Ostatnie dni na Svalbardzie.

Powróciliśmy do Longyearbyen kończąc tym samym tegoroczną wyprawę. Podczas naszego powrotu pogoda popsula się całkowicie i ciagle padał deszcz. Zmusiło nas to do przesiedzenia jeden dzień w namiocie. Na dodatek wszystkiego zewnętrzne zamki mojego namiotu odmówiły posłuszeństwa. I tym samym nasza rodzima firma Marabut pokazała klasę w swoim produkcie. W ubiegłym roku gdy zakupiliśmy namioty po pierwszym wyjeździe musieliśmy oddać jeden bo padły mu zamki zewnętrzne a w tym roku padły mu wewnętrzne. Drugi zaś namiot pozbył się zewnętrznego zapięcia przez co spanie przy silnym wietrze było dość niekomfortowe. Na szczęście byliśmy już blisko miasta i jak tylko pojawiło się okno pogodowe wykorzystaliśmy je i ruszyliśmy dalej.
Po południu byliśmy już w Longyearbyen. Trochę umęczeni, śmierdzący ale zadowoleni z przebytej trasy. Postanowiliśmy trochę się ucywilizować i ostatnie dni spędzić w ciepłym i przytulnym guesthousie. W końcu będzie można się domyć i przebrać bo trzytygodniowe ciuchy nie pachną lawendą ;-)

W guesthousie.
Po doszorowaniu się i zapchaniu żołądka strawą zasłoniliśmy zasłonki i poszliśmy spać. To miała być spokojna upragniona ciemna i ciepła noc.
Ze spokojnego snu jednak lipa. Gorąco, cicho jakoś tak nieswojo. Wszyscy się kręcą i nikt nie może zasnąć. Dopiero otwarcie okna, szum wiatru i uderzający o szybę deszcz ukołysał nas do snu. Jednak trzy tygodnie spania przy ich akompaniamencie zrobiło swoje.
Rano wciąż leje tak, że się nosa nie chce wychylić z pokoju. Ale mimo złej aury ruszamy pospacerowac po tutejszych krupówkach. Miasto wyglada jak opuszczone. Wszyscy siedzą w domach lub hotelowych pokojach. Tylko ci co muszą jadą gdzieś autem. Dopiero w ścisłym centrum spotykamy jakiś zbłąkanych zakupowiczów. No cóż tak tak nam pewnie miną kolejne dni aż do poniedziałku wieczór gdy zapakujemy nasze manele do samolotu i na jakiś czas trzeba się będzie pożegnać z Spitsbergenem.

Wczoraj w drodze powrotnej poznaliśmy Duńczyka który zajmuje się psimi zaprzegami i naopowiadał nam jak to ładnie jest tu w lutym i marcu więc kto wie może jeszcze w niedalekim czasie pojawimy się tutaj ;-)

… powered by gumowce

Po krótkiej przerwie w Longyearbyen ruszyliśmy w stronę doliny Adventdalen. Tak, w ta sama w która mieliśmy iść pierwotnie, a którą to przedzieralismy się roku poprzedniego.
W tym roku uzbrojeni w gumowce idziemy prosto nie klucząc pomiędzy bagnami tundry. W dwa dni dotarliśmy pod górę Arctowskiego (do której dotarliśmy rok wcześniej) tyle ze dużo szybciej. Nie obyło się jednak bez przygód.
Wczoraj gdy już w najlepsze byliśmy po kolacji, deserze i słodkiej przekąsce nasza jedna pociecha utopiła się po pas w błocie a druga chcąc ratować ta pierwszą podtopiła się tylko do kolan. Na szczęście szybka akcja ratunkowa i wszystko zakończyło się bez ofiar. Nawet gumowce które zostały głęboko w błocie udało się wyratować.
Aura niestety nie sprzyja szybkiemu schnięciu rzeczy a wręcz przeciwnie. Na szczęście na początku doliny można znaleźć jakieś resztki drewna które pozostawiły topniejace śniegi albo jaka inna przyczyna. Pozbieraliśmy co się dało i urządzilismy sobie wielka suszarnię ogniskową.
W dniu dzisiejszym w planie atrakcji było przekroczenie dwóch dużych rzek (oraz niezliczonej ilości małych). Te dwie duże dały nam jednak trochę popalić. A skończyło się wszystko na rozebraniu się i przejściu w pław. Woda można rzec lekko zimna tak więc wszystkie schorzenia i żylaki wymrożone ;-)
Pogoda nie jest za rewelacyjna ale narzekać nie ma co bo w końcu nie wieje ani nie sypie śniegiem.

Jutro ruszamy dalej w dolinę. Rzek już nie będzie do przekraczania tylko spokojny spacer. Dolina ta jest rewelacyjna. Dzisiaj znaleźliśmy duże pokłady kamieni typu cannon ball taki idealnych kólek ale o tym innym razem bo czas spać.

Suszenie przemoczonych rzeczy.

Statek do Longyearbyen

Przedwczoraj wieczorem gdy relaksowalśmy się przed drogą powrotną dotarła do nas czteroosobowa grupka. Z ich planów wynikało, że planują wracać do Longyearbyen statkiem.
Podumaliśmy i postanowiliśmy również powrócić drogą wodną a pozostałe dwa tygodnie spożytkować w bardziej odludnych terenach.
Rano zadzwoniłem do pani przewoźniczki z pytaniem czy nas zabiorą czy też musimy się szybciej bookować w odpowiedzi otrzymałem informacje by łapać przewodnika grupy i z nim załatwiać, jednak nie powinno być problemu z zapakowaniem naszej czwórki na statek.
Spakowawszy manele ruszyliśmy po raz kolejny do Rosyjskiej osady. Pogoda zaczęła się lekko psuć i widoki nie były już takie fajne jak dnia poprzedniego. Prawdę mówiąc nie było widać nic. Jakieś dwa kilometry przed osadą zatrzymał się pojazd typu transit a kierowca mile zamachał czy chcemy by nas zabrać. Oczywiście skorzytaliśmy z okazji i zbaraliśmy się z nim. Kierowca nie mówił dużo po angielsku ale potrafił zapytać czy mówimy po rosyjsku. Nie był nazbyt pocieszony gdy usłyszał że tylko trochę. Droga mijała w ciszy. Żadna ze stron nie chciała zainicjować rozmowy aż w końcu się jakoś zaczęło. Po przelamaniu pierwszych lodów okazało się, ze nasz rosyjski jest w miarę komunikatywny a przy odrobinie chęci i języka ręko-angielskiego wzbogacilem zasób słów w wersjach rosyjskiej i również ukraińskiej ;-)
Kierowca dowiózł nas pod hotel i zaprowadził do pokoju gdzie na spokojnie mogliśmy zostawić graty. Zapewnił nas przy tym, ze tu nikt niczego nie ukradnie.
Zostawiliśmy plecaki i udaliśmy się do baru w celu obadania kto do osady zawitał. W barze słychać głównie język polski to grupa studentów zawitała tutaj. Pojawiło się światełko by popłynąć z nimi jednak tylu osób zabrać nie mogli. No nic czekamy na rejs regularny z Spitsbergen Travel.
Po niecałej godzinie pojawiła się wycieczka. Przewodnik bez problemu nas przygarnął na swój pokład i tym sposobem jesteśmy znów w Longyearbyen. Dzisiaj dzień odpoczynku. Od rana leje i przestać nie chce a przy tym nasze morale trochę spadły. Siedzimy w bibliotece i odpowiadamy na zaległe maile ;-)

A co do samego Barentsburga

Osada nie jest duża chociaż to druga pod względem wielkości na Svalbardzie. Wejście od strony Longyearbyen to stare opuszczone budynki. Na początku wyglada to trochę jak opuszczone miejsce lecz po paru metrach pojawiają się budynki obłożone nowiutkim aluminium albo czymś podobnym. Widać ze taka tu teraz moda bo wszystkie odnawiane budynki są w ten sam deseń. W samym centrum towarzysz Lenin spogląda na port.
Mieszkańcy to głównie pracownicy kopalni pochodzenia rosyjskiego i ukraińskiego. Poza kopalnia znajduje się tu hotel. Nie ma co liczyć na sklep z jedzeniem czy inne przyjemności – no chyba, ze alkohol to można nabyć w barze w hotelu. Pani w barze nie emanuje miłym nastawieniem i raczej wyglada na to ze klienci dla niej to problem. No chyba ze zagaduje się do niej po rosyjsku to wtedy jest dużo milsza. Gdy po raz pierwszy do niej trafilismy i zapytalem jej czy mozemy cos zjesc uslyszalem tylko takie stanowcze „nie”, chyba ze to co widac a widac pare czekolad i alkohol. Ale juz przy drugim podejsciu powiedziala mi zeby zostawic nr tel albo dzwonic wczesniej to moge dostac jakis obiad. Poza barem jest jeszcze zakładowa jadłodajnia z której unoszą się wspaniale zapachy a i jedzenie wyglada bardzo fajnie. Niestety nie dla osób z zewnątrz. Poza tym jest mała cerkiew na środku osady, szpital i apteka. I tak mniej wiecej wyglada cała osada.

Na koniec miś który wita wszystkich wchodzących do tutejszego sklepu

Sklep w Longyearbyen - miś przy wejściu

W Barentsburgu

Na Barentsburg

Dotarliśmy pod Barentsburg. Dzisiaj dzień na lekko. Zostawiamy graty pod osada i idziemy zwiedzać. W okolicy widać już technikę rodem z Rosji. Walające się kable zaizolowane hustą teściowej czy niedokonczone wielkie budowle z pustaka. Wczoraj wieczorem gdy dotarliśmy w te okolice spotkaliśmy przewodnika z dwoma Rosjanami jeżdżących jakimś Żukiem. Okazało się ze na klifie gdzie planowaliśmy nocleg jest idealne miejsce do obserwacji wielorybow.
Nie trzeba było długo czekać gdy i nam pojawiły się wielkie morskie potwory.

A co do samej drogi to dużo by można pisać. Podczas przedzierania się przez zatokę colesbukta wieczorny pływ odciął nam drogę i trzeba było w pław przechodzić przez wodę. Pózniej małe podtopienia na bagnach i ratowanie gumowców. Na szczęście wszystko jakoś bez większych kłopotów.
Na dzisiaj koniec relacji. Zjedliśmy śniadanie w postaci gulaszu z ziemniakami i ruszamy niczym wojska polskie na Berlin tak i my z bronią na ramieniu ruszamy dna Barentsburg.

Na koniec z dwa zdjęcia z drogi.

Spitsbergen-Svalbard-nocleg-na-klifie

Panorama z drogi

 

Nieplanowana zmiana planów

Korzystając z chwili dostępu do GSMu dzisiaj garść informacji z drogi.
Wychodząc z lotniska spotkaliśmy dwie osoby z polski. Jak się pózniej okazało poznaliśmy się już wcześniej korespondencyjnie ;-) nie sadziliśmy wtedy że jest to początek wielkiego spotykania Polaków na Spitsbergenie.
Rano gdy ruszylismy na śniadanie do campingowej kanciapy gdzie schodzą się wszyscy wczasowicze spotkaliśmy kolejną parę Polaków. Miła rozmowa przy wolowinie z ziemniaczkami szybko pochłaniała poranek. Owa para jest już przed ostatni dzień na Spitsbergenie i co mogli to zwiedzili.
Po śniadaniu szybko się pakujemy bo do Longyearbyen lawał drogi. Na szczęście podjechał autobus zawierający przyjezdnych (w sumie to przylotnych) z lotniska. Zapakowaliśmy się do busa i grzecznie czekamy na odjazd. Za chwilę przyleciał samolot z dostawa emerytów-polarnikow którzy to przylatuja tu by obejrzeć dzikie ostępy naszego globu.
Autobus rusza. W pewnej chwili słuchać polską mowę. Naszych tu conajmniej jak w Londynie. Delikatnie badamy kto. Okazuje się, że to osobnik z tutejszego uniwersytetu.
Docieramy w końcu do Longyearbyen. Robimy ostatnie zakupy i udajemy się jeszcze do biblioteki w celu skorzystania z wifi (człowiek to jednak spaczony jest ta cywilizacja).
Wychodząc z biblioteki ruszylismy w stronę Paulsena wypożyczyć broń i ruszyć w podbój nieznanego.
W pewnej chwili zajeżdża nam drogę rower i podejrzany typ wita nas znajomym „cześć”. Okazuje się ze to kolejny lokalny Polak. Sebastian (to ten nowo poznamy osobnik) zaproponował nam zwiedzenie uniwersytetu z czego nieomieszkalismy skorystac. Po drodze przedstawiliśmy mu nasze plany. Które wywołały u niego nie mały entuzjazm. Po chwili już połowa osób na uniwerku wiedziała ze pewna grupa w tym dwóch młodocianych chce ruszać lądem do Piramid. Jako, ze Sebastian zajmuje się logistyka na uniwerku to dość dobrze zna okolicę. Wg niego nie ma szans o tej porze roku przedostać się przez Sasendallen. Rzeka jest tak wielka, że bez potonu rady nie damy.
Po krótkiej konsultacji postanawiamy ruszać do Barentsburga. Może nie będzie to tak widokowa trasa ale co tam w końcu wakacje to wakacje. Dopełnieniem wszystkiego była informacja, ze w okolicach Piramid kręci się właśnie mama misiowa ze swoimi dziećmi. A jakoś nie bardzo pałamy ochotą urozmaicenia jej menu :-)
Ruszylismy w dolinę Bjorndallen w stronę Barentsburga. Widoki wcale nie najgorsze. Od czasu do czasu towarzyszą nam grupki reniferów. Ciekawie przyglądając się tym co to im łażą po ich terenie. Wczoraj przekroczylismy lodowiec Grumantbreen i jesteśmy u podnóża doliny Colesdallen. Jutro przeprawa przez kolejną większą rzekę. A pózniej już prosto do rosyjskiej osady.
A propo reniferów. Pewnie każdy zna kawał o tym jak wyglada Syberyjski wychodek – dwa kije. Jeden do zawieszenia kufaji a drugi by odganiać niedźwiedzie. Tutaj można by zastosować podobna analogię. Tyle ze z braku wyższej roślinności gdy człowiek wybierze się „na stronę” to ma widok aż po horyzont. I właśnie wtedy można najlepiej podziwiać renifery które nie kłopotane ludzkim gadaniem spokojnie zajadają sobie trawkę w okolicy.

Zdjęć dzisiaj nie będzie bo zasięg jest ledwo co i trzeba telefon na kijku trzymać trzy metry nad ziemia żeby coś złapało ;-)

Svalbard wita nas

Jest 2:20. A my już w namiotach na Svalbardzkim campingu. Latoś tego roku jakoś tak bardziej sprzyjające i nawet gotowym powiedzieć ze gdyby było z 30 st wiecej to by było jak na wyspach kanaryjskich. No to dzisiaj na krótko odmeldowuję się i pora spać.

Svalbard-Widok-Z-Samolotu

Svalbard-Camping

Spitsbergen 2013

Rozpoczął się ciężko wypracowany urlop. Już prawie połowa wakacji, więc najwyższy czas byśmy i my wreszcie gdzieś wyruszyli, zwłaszcza, że  turnusy w Łebie się już wymieniły. Nadszedł i nasz dzień „wymiany”. Jutro o godzinie 12 wylatujemy z Krakowa prosto na Spitsbergen, zahaczając po drodze o Oslo, gdzie zabawimy parę godzin – nie wiadomo jeszcze czy tylko na lotnisku czy może wreszcie wybierzemy się do miasta które skrzętnie omijaliśmy podczas wszystkich wyjazdów do Norwegii.

Od wczoraj próbujemy się spakować. A trzeba przyznać, że nie jest łatwo w dwóch plecach zabrać jedzenia dla czterech osób zwłaszcza, że dwie młodsze osoby potrzebują zaopatrzenia większego niż te starsze ;-). Dzisiaj „algorytmy plecakowe” szukały rozwiązania jak tu nasz 80kg dobytek spakować tak by nadawany bagaż nie przekroczył wykupionych 60kg. Zawsze go już znajdziemy rozwiązanie to i gdy już wszystko wygląda ok to sprawdzając check-listę coś ciągle znajdujemy co pasowało by dorzucić a z drugiej strony nie ma już co wyrzucać. Po wielu bojach, upychaniach kolanem, siadaniu na plecaku, zrzucaniu z trzeciego piętra udało się – tzn okaże się to jutro na lotnisku ale wygląda to całkiem przyzwoicie (tylko kto to będzie nosił). Ważenie bagażu odbywało się na łazienkowej wadze  której na nasze nieszczęście baterie zaczynały odmawiać posłuszeństwa albo waga już nie wyrabiała pod naszym ciężarem. Finalnie mamy trzy wory po 20kg + resztę upchaną „po kieszeniach” ;)

Spitsbergen

Na lotnisku w Longyearbyen wylądujęmy w środku nocy, tzn godzinowej nocy bo tam o tej porze roku słońce nawet nie kwapi się by zajrzeć czy za horyzontem go nie szukają. Liczymy na to, że w tym roku zostaniemy przywitani pięknym słońcem a nie piękną ulewą jak to było w ubiegłym roku  – na szczęście nocleg blisko.
We wtorek załatwiamy wszystkie formalności, pożyczamy strzelbę i ruszamy. Plan na ten rok jest dość klarowny – prosto na piramidy. W Gizie zamieszki więc my na spokojnie odwiedzimy sobie inne piramidy – takie mniej zdeptane przez turystów.

Planowana trasa wyprawy
Planowana trasa wyprawy

Powyżej nakreślona trasa obrazująca w jaki sposób chcemy się dostać do owych piramid. Czerwoną linią zaznaczona jest trasa przejścia. Niebieska linia to droga powrotna – statkiem. Wstępny plan zakładał drogę odwrotną. Jednak po dłuższej korespondencji z przemiłą panią mającą we władaniu bilety na regularny rejs do Piramiden postanowiliśmy pójść w stronę Piramid a przy odrobinie szczęścia załadujemy się na statek i wrócimy do miejsca startu (bo jak nas statek nie zabierze to będziemy w głębokiej d…).

A propo korespondencji z miłą panią to tutaj pozwolę sobie przytoczyć fragment:

JA (gz), Przemiła Pani (pp)

[wcześniej już trochę pogadaliśmy]
gz: to kiedy w końcu będzie transport do Piramiden
pp: kursujemy we wtorki – piatki – niedziele
gz: szkoda, że nie w środę
pp: w środę płyniemy do Barentsburga
gz: dobra to chciałbym zarezerwować w piątek
pp: ok, proszę o dane
[podaję dane, 10 min później]
pp: ojej, w piątek jednak też płyniemy do Barentsburga
gz: czyli najszybciej możemy popłynąć w niedzielę
pp: tak

No i to ostatnie „tak” było gwoździem do trumny pomysłu by najpierw płynąć a później iść. No cóż taki wariant ma nawet swoje plusy bo jak człowiek się nachodzi to aż miło będzie sobie popłynąć na koniec. Jeżeli oczywiście dnia 11go sierpnia ktoś raczy tam przypłynąć. Przemiła pani twierdzi, że będą – no cóż zobaczymy czy nie popłyną do Barentsburga :)

Pyramiden (chociaż poprawnie powinno być Пирамида)

Piramida to rosyjska opuszczona osada. Kiedyś była tam kopalnia, 1000 osób dostatek i dobrobyt. Jednak pewnego pięknego dnia osada została opuszczona. Z opowieści zasłyszanych w Longyearbyen siedzi tam parę osób a osada wygląda jak by ewakuowano wszystkich w jednej chwili. Pozostawili wszystko jak w sławetnej Prypeci na Ukrainie (co prawda powód trochę inny).  No cóż pożywiom – uwidim.

 

Wreszcie na Krymie

Po wielu bojach przez ukraińskie drogi udało się nam dotrzeć na Krym. Wczorajszy dzień był „nauką” jazdy po Ukainie i został nagrodzony dwoma mandatami. Na szczęście w przypadku drugiego już wiedziałem co i jak i szybko doszliśmy do porozumienia obu stron. Ogólnie kraj jest mocno policyjny i nasza drogówka to przy tym pikuś. Jednak po dwóch mandatach już wiemy na co uważać a w przeciwieństwie do naszej policji tutaj nie zatrzymuje się głównie za prędkość. Im bliżej Krym tym drogi lepsze.

W kwestii pogodowej to trzeba przyznać, że pogoda dopisuje. Jest co prawda ciutek za gorąco (chociaż chyba tylko nam). Noce pięknie rozgwieżdżone a podczas noclegów słychać wspaniałe koncerty rechoczących żab. O miejsce na nocleg póki co nie jest ciężko. Drogi gruntowe prowadzą w odludne miejsca gdzie spokojnie można rozbić namiot i wypić piwko przy kiełbasce i ognisku.

Nocleg na Krymie
Nocleg w drodze na Krym – wieczorem poza pięknym gwieździstym niebem roznosił się piękny zapach ziół

Dzisiaj dokonaliśmy pierwszego wodowania w morzu. Trzeba przyznać, że miejscowi  spacerujący w kurtkach trochę dziwnie na nas patrzyli ;-) jutro bierzemy się za zwiedzanie pełną parą.

Dojechaliśmy na Krym
Wreszcie dojechaliśmy na miejsce
Szukamy noclegu
Czas poszukać noclegu – słońce już powoli zaczyna chylić się ku zachodowi
Wieczór był by stracony bez ogniska i kiełbasek
Wieczór był by stracony bez ogniska i kiełbasek

Majówka na wschodzie

Na Krym

Jak 90% Polaków tak i my wyruszyliśmy na tzw majówkę. W sobotę zabawiliśmy jeszcze na święcie szkoły by w niedzielę o poranku ruszyć na podbój Ukrainy a dokładnie jej specyficznego miejsca jakim jest Krym. Wyjazd jak zwykle zapięty na ostatni guzik tak więc nic nie jest przygotowane – wrzucamy co się dało do auta i ruszamy w kierunku wschodniej granicy.
Pierwsze podejście zakładało przekroczenie granicy w Krościenku – granica mała, bardziej kameralna. Ostatecznie wylądowaliśmy w Medyce. O dziwo po 30 minutach byliśmy już po stronie Ukraińskiej.
Jedziemy w kierunku Lwowa. Szosa pokrywa nowiutki asfalt, pachnie jeszcze Euro 2012 – widać, że się postarali na mistrzostwa. Po drodze zastanawiam się wciąż nad tymi wszystkimi krytycznymi głosami nt ukraińskich dróg a tu taka miła niespodzianka. Jedyne zagrożenie na drodze to lokalni kierowcy którzy nie uznają żadnych zakazów. Robią to wszystko jednak bardzo skutecznie unikając kontaktu z lokalnymi stróżami prawa – ot taki sposób poruszania się po drodze – taka inna Sycylia :).
Mijamy Lwów i zjeżdżamy w kierunku Ternopila. No i się zaczęło. Prędkość jazdy w porywach osiągała 50km/h. Dziury takie, że ciężko asfalt dojrzeć a ich głębokość jest taka, że pól malucha mogła by się zmieścić. Jadę za tubylcami licząc, że może znają jakieś odpowiednie warianty jednak szybko sie orientuje że tu każdy radzi sobie sam ;-). Po kolejnych paru kilometrach nie było mi już nawet obca jazda pod prąd czyli lewym pasem. Na szczęście od czasu do czasu było też utwordzone pobocze które to asfaltu nie widziało i tak też można było największą prędkość rozwinąć. Nigdy nie sądziłem, że na drodze projektowanej na dwa pojazdy może bezproblemowo poruzać się z pięć obok siebie klucząc między dziurami.
Wisienką na torcie była miejscowość Ternopile gdzie w drodze brakuje ponad 60% asfaltu a o pasach na jezdni nie ma co myśleć. Każdy jedzie jak chce byle do przodu.
I my również szybką 40ką przejechaliśmy miasto by w najbliższym lesie urządzić sobie upragniony nocleg.