Z wizytą u św. Mikołaja

Opuściliśmy północne krańce Europy i powoli jedziemy w dół. Tym razem trochę inna drogą. Jedziemy ciągle E8ka która prowadzi przez Finlandię.
Zima w Finlandi jest naprawdę piękna. Jak okiem sięgnąć nieskalanych ludzkimi śladami śniegi. Jedynie od czasu do czasu drogę przecina pas dla skuterów śnieżnych. Ci to maja gdzie tu ujeżdżać a nie jak u nas tłuką się po beskidzkich szlakach jak zaraza. Można by śmiało na biegowkach w ramach oderwania od pracy urządzać sobie tu niezle maratony.

Fiński przystanek
Fiński przystanek
Bielutka droga za nami
Bielutka droga za nami

Droga nie dość, ze zasypana śniegiem to jeszcze trzeba uważać na renifery które to kroczą sobie po drodze bez dodatkowego oświetlenia. Pomimo tego, ze asfalt pokryty jest śniegiem, jedzie sie lepiej niż w Norwegi bo pod śniegiem nie ma lodu.
Dojeżdżamy w okolice Rovaniemi. Tu obowiązkowo cześć atrakcji dla młodszej grupy wyprawowej czyli wizyta w tajnej kwaterze św. Mikołaja oraz w jego wiosce mieszczącej sie obok na kole podbiegunowym. Nie jest to nasza pierwsza wizyta tutaj. Ostatnio odwiedzaliśmy to miejsce trzymiesięczna pół roku temu tyle, ze latem. Okazuje sie, ze zima jest tu dużo piękniej. Wiecej atrakcji oraz lepszy klimat.

Kuba śmiga w lodowym torze
Kuba śmiga w lodowym torze

Trafiliśmy na jakis okres gdy na Finlandię naciera potok Rosyjski bo wszędzie Rosjanie. Opanowali cały Santa Claus park. Widać to nie pierwszy raz bo Finowie sa przygotowani i wszystkie tablice informacyjne jak i Elfy mówią po rosyjsku.
W wiosce można skorzystać z wielu zimowych atrakcji jak jazda w sankach zaprzegnietych w renifera czy zjechać na oponie w specjalnie przygotowanym torze. A u Mikołaja, dużo sie nie zmieniło. Kraina królowej śniegu stoji, rzeźby lodowe wraz z lodowym barem są, krasnale nadal pracują nad produkcja zabawek, jedynie biuro „szefa” uległo zmianie. Przy luźniej rozmowie przy zdjęciu wyszło, ze biuro trzeba było przebudować bo interesantów coraz wiecej :-) no i ceny w tym okresie świątecznym są dużo wyższe niż w letnim.

Audiencja u Mikołaja
Audiencja u Mikołaja

No i na koniec taka ciekawosta Polska jest na trzecim miejscu w rankingu kraji z którego dzieci wysyłają listy do Mikołaja. I co ciekawe takie zaadresowane „sw. Mikołaj. Finlandia” tez docierają :-)
Ta wizyta zakończyliśmy planowane atrakcje. Od jutra juz jedziemy prosto na prom który to 7go zabiera nas do Gdańska.

Wysyłamy kartki - tym razem od Mikołaja
Wysyłamy kartki – tym razem od Mikołaja

Ciężki powrót

W Nowy Rok wybraliśmy sie pospacerowac po Tromsø. W Norwegi jest to rownież święto narodowe wiec wszystko w około pozamykane. No i jak tu uczcić wydarzenia ostatniej nocy. Okazuje sie ze nasza znajoma pizzeria jako jedyna jest otwarta. No to uczcilismy sukces pizza i powróciliśmy na miejsce gdzie poprzedniej nocy obserwowaliśmy zorzę. Aktywność miała byc większa wiec i tłumów większych sie spodziewaliśmy. Na nasze szczęście okazało sie ze gromadka osób jaka była dnia poprzedniego była na jakimś zorganizowanym sylwestrze i dzien pózniej nie było juz nikogo poza nami i nią. Pojawiła sie późnym wieczorem i rozpoczęła swoj taniec na niebie. Ta noc była jeszcze lepsza. Można by to porównać odwiedzin Wawelu w noc muzeów i wejściem dla VIPa gdy oglądamy wszystko spokojnie sami.
Staliśmy nad fiordem i wpatrywalismy sie w niebo patrząc jak płyną zielone fale i tylko marudzenie chłopaków ze chcą sobie zdjęcie zrobic przerwało spokój nocy :-)
O poranku tzn o wschodzie księżyca, bo slonca tu nadal nie ma rozpoczynamy powrót do domu. Po drodze jeszcze pare drobnych spraw w Tromso jak wysłanie pocztówek i ognia do domu. Odpuscilismy miasto gdy nad naszymi głowami znów pojawiła sie zorza. No, choroba nie wiadomo kiedy znów bedzie okazja ja zobaczyć. Zatrzymujemy sie na parkingu by podziwiać te ostatnie z nią chwile. Dzisiaj ma byc bardzo duża aktywność wiec i widoki bedą fajne.
W dalszej drodze każdy myślał o noclegu gdzie można by jeszcze dzisiaj skorzystać. I tak sie stało, zboczyliśmy z głównej by jakaś boczna znów odbić na północ.
Piękne widowisko mamy dzis nad sobą a jutro juz niestety trzeba wracać do domu – jedynym pocieszeniem jest to, ze bedzie jakis dzien bo chociaż tutaj jest przez chwile w miarę jasno to jednak brakuje blasku slonca które w Polsce mamy przez cały rok. Nie mniej jednak tańcząca zorza polarna na niebie zapewne wynagradza im chwilowy brak slonca.
Justyna: Ja musze przyznać, że jeszcze bardziej sie zakochalam w północy po tych wspaniałych spektaklach, jakie sie odbywały nad naszymi głowami. Jadąc na zorzę w sumie to juz trzeci raz zastanawiałam sie jak ona tak na prawdę wyglada: jest wspaniała kiedy tak tańczy i mieni, jakby baletnice na scenie, zmieniając swoje stroje (a ona kolory). Czlowiek zapomina o całym świecie, tak sobie leży a Ona tańczy, jakby tylko dla nas, rozświetlając cała okolice. Wszystkie problemy i zmartwienia odchodzą gdzieś w sina dal. Mam nadzieje, ze ten Nowy Rok bedzie tak samo obiecujacy, jak zorza tańcząca po niebie. Ehhh znów sie rozmarzylam, wiec kończę i dalej wracam to podziwiania.

Zorzy ciąg dalszy
Zorzy ciąg dalszy
Zorza nad górami
Zorza nad górami

No i widziana rybim okiem ...
No i widziana rybim okiem …

Zorza złapana – udało się!

Wstalismy jak zwykle „z kurami”, na zewnątrz panowała dalej noc ( była godzina ok. 9:30), dopiero po godzinie zaczął sie robić półmrok. Sprawdziłem na GPSie kiedy jest planowany wschod i okazało sie, ze na tej wysokości geograficznej wschodu dzisiaj nie bedzie. No nic trzeba sie zbierać i ruszać póki cokolwiek widać. Upichcilismy śniadanio -obiad i udaliśmy sie w kierunku norweskiej E6. Gdy juz do niej dojechaliśmy i stanęliśmy na rozdrożu to zapadła chwila konsternacji – gdzie jechać ?
Szybko sprawdzamy pogodę w okolicy i okazuje sie, ze na północy (czyli Nordkapie tam gdzie planowaliśmy) ma sypać a na wysokości Tromso ma być ładnie. No to wybór jest prosty – zachód. Jedziemy w stronę Tromso. Na E6tce podziwiamy fiordy trochę inne niż je pamiętamy z letnich wojaży – nie pokryte zielenią a białym puchem.

Zimowy fiord
Zimowy fiord

Droga oczywiscie równie bialutka, a na bokach zwisają wspaniałe lodospady, aż żal że w domu grzeją się dziabki jak można by sie tu trochę powspinać.

Lodospady przy drodze do Tromso
Lodospady przy drodze do Tromso

Im bliżej Tromso tym niebo ładniejsze. Jest szansa, że coś dzisiaj w nocy wypatrzymy a ze dzisiaj również Nowy Rok to trzeba zajechać po jakies fajerwerki. Tromso znamy juz dość dobrze, wiec udajemy sie od razu do centrum handlowego po zapasy pirotechniczne. W Norwegii nie sprzedaje sie fajerwerków w sklepach a jedynie w kontenerach przed sklepami. Łatwo je znaleźć po kolejce niczym po cukier lub szynkę w pamiętnych czasach. No nic dostaliśmy swoje po czym sie okazało, ze naszych kart nie akceptują i musimy skoczyć po gotówkę … trochę nas to zdziwiło, bo tu nawet za samą bułkę płaciliśmy kartą. Okazało sie, ze takich wybrańców jest na szczęście wiecej :-)

Po uzupełnieniu stanu magazynowego ruszyliśmy w poszukiwanie ustronnego miejsca gdzie bedzie można strzelać, szukać zorzy i balować do rana :-)

Okolice Tromso
Okolice Tromso

Objechaliśmy pobliską wyspę wzdłuż i wszerz i znaleźliśmy pare miejsc jako idealnych kandydtaów na nockegowisko. Ja badając przy jednym z nich grunt zaliczyłam piruet na lodzie taki, ze rosyjska baletnica by sie go nie powstydziła przy okazji gubiąc telefon. Miejsce zostało przez resztę odrzucone. No nic wracamy na poprzednie.
Rozłożeni do spania, po suto zastawionej kolacji zorientowałem sie, ze zaginął gdzieś mój telefon a co gorsza jedynym miejscem gdzie go mogłem przesiać był moj taniec na lodzie. Nie wspomniałem wcześniej, ze za Tromso droga pokryta jest idealnym lodem. No to wracamy. Justyna po drodze bada prognozę pogody i nad Tromso cos sie pojawia, jest nadzieja, ze cos dzisiaj zobaczymy.
Jedziemy znów do poprzedniego miejsca gdzie potencjalnie znajduje sie moj telefon a tu z czterdzieści osób w kamizelkach sie kręci, dwa autobusy etc. Pierwsza myśl to jakis wypadek i wyciągają kogoś kto nie wyrobił sie na zakręcie ale jak sie za chwile okazało to zorganizowany wyjazd na zorzę :-) no to pięknie – myśle sobie gdzie ja w tej hordzie fotografujących niebo znajdę swoją zgubę. Dzwonię – patrzę w miejsce gdzie sie wybrałem a tam mruga do mnie zalotnie cos na lodzie. Znalazł sie ale nienormalną tu jest ważny gdyż po chwili pojawiła sie nad nami piękna zielona zorza. No cos wspaniałego. No to aparat na statyw i huzia na juzia …. Tfu na zorzę. Spektakl trwał przynajmniej z godzinę poczym wymarznieci (wiało jak w kieleckim) wracamy do pierwotnego miejsca noclegu. Zorza na chwile znika by pojawić sie znowu i tańczyć na niebie. Ona tez wita z nami Nowy Rok. Nastała północ, odpaliliśmy arsenał fajerwerków, wypiliśmy to co sie zwykle wtedy wypija, złożyliśmy sobie życzenia i udaliśmy sie do … nie nie, nie do snu do podziwiania pięknego widowiska jakie toczyło sie nad naszymi głowami.

Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową

Daleko za kołem polarnym

Jesteśmy juz daleko za kołem polarnym … ale wróćmy do początku. Pierwsze miejsce noclegowe okazało sie nie polanką a torem offroadowym. Rano wszystko sie wyjaśniło gdy się okazało, że stoimy na jego środku :-)
Ruszyliśmy dalej na północ, na początku droga była czarna, pózniej z lekką nalecialoscia sniegu aż zrobiła sie całkiem biała. Co gorsza na drodze nie leżał śnieg a zryty lód. Prędkość przemieszczania trochę spadła ale tylko nasza gdyż miejscowi jeżdżą jak by nawierzchnia była czysta i sucha czyli tak około 100ki. Skandynawom to dobrze im nikt nie zabrania używać kolcowanych opon.
Późna nocą mijamy koło podbiegunowe w Laponi. Zatrzymujemy sie na szybkie zdjęcie i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Po krótkiej chwili zjeżdżamy na mała boczna drogę by z niej uderzyć w pobliski las. Na koniec dnia jeszcze fajna przejażdżka w sniegu po kolana. W końcu parkujemy na zboczu pagórka (na dole było jezioro ale nie chcieliśmy juz ryzykować zjazdu gdyby sie przypadkiem okazało, że nie da sie spowrotem wjechać :-) )
Noc pochmurna. Nie widać ani jednej gwiazdy – no to i z zorzy dzisiaj lipa. Na dodatek zasięgu brak wiec i relacji nie było. Jest za to śnieg – multum sniegu. Chłopaki nie tracąc wieczora ruszają w okolice z łopatkami i jabłuszkami.
Zorzy niestety nie było.
Rano (jeszcze przed wschodem slonca) odpalamy kuchenkę by zagotować jedzenie. Chłopaki od razu ruszyli na górkę pozjeżdzac co i nam sie finalnie udzieliło :-)

Rodzinne zjazdy
Rodzinne zjazdy

Przy okazji wybraliśmy sie przez śniegi nad jezioro, które to całe zamarzło (jak i wszystkie inne w okolicy). Słońce powoli wychylało sie za horyzont.

Poranek na północy - zamarznięte jezioro
Poranek na północy – zamarznięte jezioro

Ruszyliśmy w dalszą drogę – generalnie startujemy niedługo po wschodzie i kończymy jazdę dłuuuugo po zachodzie. Dla niewtajemniczonych wschod jest tutaj o 10:40 a zachodz ok 12:20.
Dzisiaj mieliśmy niezła przygodę. Jadąc ujrzeliśmy stado reniferów spacerujacych po jeziorze chcąc im zrobic zdjęcie zatrzymaliśmy sie na poboczu. Jak sie pózniej okazało był to zasypany śniegiem rów który pochlanął nasz pojazd. Długo trwała walka by sie wydostać. Na szczęście jakis lokalny pojazd pomógł nam sie wydostać. Od tej pory postanowiliśmy sie nie zatrzymywać na nieodśniezonym poboczu.

20131230-222627.jpg

Droga biegła przez lasy, drzewa pięknie pokryte śniegiem (czego oczywiście nie uwiecznilismy bo nie było sie gdzie zatrzymać ;-) ), lasy powoli malały a dominującym drzewem stała sie brzoza karłowata – to oznacza tylko jedno – jesteśmy juz daleko na północy. Przejeżdzamy droga w okolicy przecięcia trzech granic i wjeżdżamy do Norwegi. Tu dopada nas śnieżyca. Sypie tak, ze nic nie widać. Jak to chłopaki określili – wyglada jak byśmy lecieli w gwiazdy. Niestety przez ten opad dzisiaj pewnie tez zorzy nie bedzie, ale zobaczymy. Zadekowalismy sie pod jakimiś drzewami, za oknem pada sobie leniwie śnieg a my udajemy sie w ramiona morfeusza :-)

Zima w Skandynawi

Na statek dostaliśmy się bezproblemowo i nawet wysokość naszego pojazdu nie przeszkadzał nikomu. Chętnych do przeprawy przez Bałtyk było niewielu wiec wszystkich upchneli w luku dla tirów. Rejs odbywał sie raczej bez większych atrakcji poza bujaniem w nocy tak, ze mało nas z łóżek nie postrącało.
Dotarliśmy do Nynesham. Szwecja wita nas mocnym deszczem. Pogoda jak w wakacje 2012 :-) ciepło i deszczowo. Nie tracąc czasu ruszamy od razu na północ. Powoli deszcz przestaje padać na poboczach pojawia sie pierwszy śnieg. Nie wyglada na świeży, jednak wszystkie boczne drogi bialutkie. Finalnie docieramy za Sundsvall w okolice Härnösand gdzie rozpoczynamy poszukiwanie noclegu. Rozkładamy sie na jakiejś polance w lesie gdzie latem sa chyba niezle bagna bo wszystko pokryte lodem.
Dzisiaj z racji tego ze trasa była czysta dojazdówka to zdjeć brak, postaramy sie to nadrobić jutro :-)

Zorza polarna – podejście trzecie

Ruszamy po raz trzeci na polowanie na zorzę. Dwa lata temu na próżno szukaliśmy jej na półwyspie kolskim. Rok później problemy techniczne zatrzymały nas przed promem, więc rozpoczyna się podjeście trzecie. Miejmy nadzieję, że tym razem udane :)

Oczekujemy właśnie na zaokretowanie w porcie w Gdańsku. Samochodów jak na razie niewiele a wszyscy „Szwedzi” jakoś dziwnie mówią po polsku. Jak juz dotrzemy do Skanynawii to bedziemy starać sie was informować o postępach naszej wędrówki. Niestety moze byc mało zdjeć gdyż okazało sie ze albo nie wzięliśmy adaptera do iPada by zrzucić zdjęcia z aparatu, albo gdzieś sie zawieruszył w czeluściach naszego pojazdu.

Jeżeli warunki pozwolą planujemy udać się na północ Norwegi i tam trochę zabawić, może i na Nordkapp uda się nam zawitać – ot czas pokaże. Trzymajcie kciuki.

Poniżej kilka danych z kamer oraz prognozy zorzy:

Kamera w Tromso
Kamera w Tromso
Kamera w Laponi (Sodankylä)

Indeks K (K-Index) – na tej podstawie można wnioskować czy widowisko będzie czy też, nie. Indeks K charakteryzuje zaburzenia w polu magnetycznym – wartość 1 oznacza spokój

Index – K

Pogoń za zorzą polarną

Od początku roku planujemy wyjazd na północ w celu „złowienia” zorzy polarnej. Zorzę najlepiej obserwować w okresie nowiu księżyca tak też nasze wyjazdy planowane były na ten okres. Styczeń odpadł bo nie udało się wziąć urlopu w lutym chłopaki pojechali na obóz i tak nastał marzec …

Wstępnie zorzę odpuściliśmy już tej zimy jednak nasze niespokojnie dusze targane długim siedzeniem w domu nie wytrzymały napięcia. Postanowiliśmy ruszyć na tzw ostatni gwizdek czyli „za tydzień”. Wyjazd miał być spontaniczny i szybki bo tylko na tydzień. Rozpoczęliśmy przygotowania. Od początku szło pod górkę – a to promu nie było, a to był tylko miejsca na samochód brakowało. W końcu udało się wyjechać. Nasza wyprawówka upakowana we wszystko co do przetrwania potrzebne podczas srogiej skandynawskiej zimy: łańcuchy, łopaty, alkohol wysokoprocentowy, jabłuszka do zjeżdżania :)

Żądni  przygody wyruszamy o świcie z wiosennego Krakowa. Za Łodzią rozpoczyna się zima, w radiu całą drogę straszą że warunki na drogach do bani ale kilometry uciekają z łatwością, brakowało tylko klasycznej muzyki kierowców. W okolicach południa jesteśmy już przed Gdańskiem. I tu zaczynają się pierwsze kłopoty. Nasz pojazd zaczyna wydawać podejrzane dźwięki. Po dojechaniu do Gdańska i wstępnych oględzinach rezygnujemy z przeprawy za Bałtyk i postanawiamy zawrócić. Wszelaka pomoc mechaniczna w Skandynawii nie należy do najtańszych a możliwa awaria nie będzie należała do tych co to można ją załatwić „na poboczu”.

Została sprawa promu. Po krótkim starciu z Panią pracującą na rzecz przewoźnika udaje się przebukować bilet na bliżej nieokreśloną przyszłość ;-)  Na szczęście owa Pani nie miała nastawienia bojowego. No cóż tej zimy jednak musimy odpuścić zorzę. Na szczęście późną jesienią znów zacznie być widoczna a my będziemy na nią czekać przyczajeni z przygotowanym biletem :-)

Pozostaje nam już tylko powspominać piękne skandynawskie landszafty jak ten fiński zachód słońca i czekać na powrót zimy

 

Zachód słońca widziany z namiotu. Gdzieś w okolicach koła podbiegunowego gdzie żądzą meszki i komary
Zachód słońca widziany z namiotu. Gdzieś w okolicach koła podbiegunowego gdzie żądzą meszki i komary

Svalbard – wylot

No to bagaże oddane. Jak zwykle w takich chwilach jest problem z nadbagażem. Mój wór przekroczył dozwoloną wagę o parę kilo. Na szczęście lecimy w czwórkę a wory na namioty pojemne to było w co upychać dodatkowe kilogramy :-)
Następny news już z Spitstbergenu.

Lotnisko Tromso
Lotnisko Tromso

Za kołem podbiegunowym

Powoli docieramy do początku naszej prawdziwej wyprawy, czyli do Tromso skad polecimy na Svabard. Ale nim tam dotrzemy przdzieramy się główna droga Norwegi czyli popularną szóstką. Mijamy w ńcu koło podbiegunowe, rośliność jest już tu z lekka inna. Dominują karłowate brzózki, jedne z nielicznych drzew które jakoś sobie tutaj radzą.
Zajeżdżamy w symboliczne centrum koła podbiegunowego, czujemy się tu jak kobieta wioząca paprykę na targ w proszowicach – brak jakichkolwiek emocji. Ot kolejny raz. Jednak spacerując pol okolicy zaczyna nas napełniać duch przygody tych którzy byli tu ostatnio. Większość takich osób pozostawia po sobie jakiś ślad. A to kopczyk, a to naklejka a to znów jakaś tabliczka przyczepiona do słupka. Co do kopczyków to za sklepem jest cały las kopczyków i wieeeeelkie pole różnych napisów z kamyków. Postanawiamy ułożyć własny i po chwili na norweskiej ziemi widnieje piękńy napis „zajace”.

Kamienne kopczyki
Kamienne kopczyki
Kamienne zajace
Kamienne „zajace”
Koło podbiegunowe
Koło podbiegunowe

Dzisiaj dojechaliśmy do Narwiku. Nazwa zanana chyba wszystkim a to za sprawą naszych wojaków którzy to walczyli w obronie tego portu podczas drugiej wojny światowej. Przed miastem znajduje się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

Narvik - pomnik upamiętniający Polskich Żołnierzy
Narvik – pomnik upamiętniający Polskich Żołnierzy
Narvik - pomnik upamiętniający Polskich Żołnierzy
Tablica pamiątkowa

Po drodze do Narwiku zjeżdżamy z głównej i jedziemy przez góry. Mijamy po drodze super górę której nazwy nie pamiętam (jak ktoś będzie chciał to mam zapisane). Zatrzymaliśmy się na parkingu w okolicy by skorzystać z łazienki, tak więc korzystając z okazji wypytałem lokalnych wspinaczy o drogi. Drogi są po 600, 700m, podobno bardzo ładne i oczywiście trzeba mieć własną asekurację (ale to chyba normalne w górach).

Norweskie góry