Poranki z pasterzami

Rumuńskie pola to idealne miejsce by chwilę zapomnieć o cywilizacji i ludziach otaczających nas codziennie, po wieczornym ognisku zbieramy resztę patyków na rano i zasypiamy. Rankiem budzi nas jakieś dzwonienie, lekko zdziwieni zastanawiamy się kogo niesie w tak odległe od najbliższych wsi pola. Justyna wygląda z namiotu i oznajmia, że stado baranów idzie prosto na nas. Po chwili dźwięki dzwonka były coraz głośniejsze – to baran „zamek” czyli ostatni ze stada który zamyka pochód. Okazało się iż ta bestia zabrała się za wyjadanie liści z naszego ogniska.

Rumunia - baran wyjada nam liście z ogniska Po chwili za stadem spokojnie dochodzi do nas pasterz owych owieczek. Nawiązujemy konwersacje, jednak język rumuńsko/rosyjsko/polski nie jest za spójny więc po wymianie kilku zdań radośnie przyglądamy się jak reszta stada dobiera się do naszych liści. Stado przeszło jak szarańcza ;-)

Ruszamy w dół, oczywiście by jak najszybciej dotrzeć do Gruzji. Słońce przygrzewa masakrycznie, będzie z 30st. Jak dla nas to już temperatury graniczne. Obrana trasa omija jednak w większości czarny i nieprzyjemny asfalt wybierając dużo przyjemniejsze szutry przez rumuńskie wioski i góry.

Rumunskie szutry

Rumunskie szutryDroga czasami jest (jak na powyższych obrazkach widać), czasami jej nie ma i posiłkujemy się GPSem. Ogólnie okazuje się, że Rumunia to całkiem przyjemne miejsce. Kolejny nocleg znów spędzamy w Rumuni – tym razem w lesie.

Rankiem ruszamy już z nadzieją dotarcia do Turcji. Co jakiś czas otaczają nas pola słoneczników – takie aż po horyzont. Widać tutejsze gospodynie bardziej cenią sobie olej słonecznikowy nad rzepakowy.

Rumunia - słonecznikiI tak aż do granicy z Bułgarią. Przeprawa odbyła się szybko, wzięli nasze paszporty, spojrzeli, zapytali czy z Polski i puścili dalej, żadnych kontroli czy temu podobnych. Za granicą nabywamy winietkę i ognia na południe. Mały kraj to i szybko pójdzie przeprawa. Po drodze mijamy miasta które zabudować przypominają stary Ruszaj w Krakowie. No może taki trochę podniszczony.

Wjazd do Bułgarii

Bułgaria - blokowiska Na bułgarskich drogach szybko mija nam czas i wieczorem stajemy na granicy z Turcją.  Kolejka mniejsza niż na Ukrainę w sezonie. TIRy stoją już trzy kilometry przed granicą, mijamy je wszystkie i dojeżdżamy do przejścia. Bułgarzy odprawili nas szybko, pozbywając się balastu. Przed nami widzimy kilka samochodów które wypakowują manele z środka. No nic trzeba będzie pewnie uczynić to samo. Ku naszemu zdziwieniu na widok turystów z Polski puszczają nas bez problemu dalej … no z tym bez problemu to nie tak do końca bo na granicy okazało się, że nasza zielona karta nie obejmuje Turcji i trzeba dokupić sobie ubezpiecznie. Jak już uporaliśmy się z formalnościami na zewnątrz było ciemno. W sumie to nie bardzo wiadomo co robić więc ruszamy powoli rozglądając się za jakimiś bocznymi polnymi drogami. Po paru kilometrach skręcamy w bok gdzie przez łąki i pola (jak kiedyś fasola) wjechaliśmy w jakiś zagajnik.

Po rozłożeniu namiotów, odpędzeniu się od komarów idziemy spać. W oddali słychać śpiew muezina, ehhh miejmy tylko nadzieję, że nie będzie za długo się rozśpiewywał :)

Rankiem obudził nas znany z Rumuni miły dźwięk dzwonków. Okazało się. że znów mamy szczęście do hordy baranów i pasterza. Ten pomimo zaczepek jakoś obawiał się konwersacji – był chyba lekko zdziwiony obecnością kogokolwiek w tym rejonie.

Patrząc na mapę Turcji, można by pomyśleć, że za granicą to od razu do Istambułu trzeba dojechać, ale nie … przed Istambułem od strony morza czarnego Turcję pokrywają lasy – karłowate dęby. Lasy te są poprzecinane dziesiątkami szutrowych dróg, z których to postanowiliśmy skorzystać by jak najszybciej dostać się nad morze.

Tureckie szutry

Śniadanie "po turecku"Odwiedzamy przy okazji nadmorskie miejscowości, gdzie chyba tylko Turcy przybywają na wypoczynek. Gdzie się nie pojawiliśmy wzbudzaliśmy ogólną sensację, nie mówiąc już o jednym portowym miasteczku gdzie jakaś kobita jak się dowiedziała, że jesteśmy z Polski to zaczęła roztaczać jakieś piękne wizje i opowieści. No cóż z wariatami się nie dyskutuje więc się zmyliśmy w poszukiwaniu lokalnych przysmaków kulinarnych.

Nad morzem spędziliśmy z pół dnia. Dotarliśmy na jakąś pół-dziką plażę gdzie między paroma osobami i wylegującymi się krowami skorzystaliśmy z okazji by się odświeżyć i poszaleć w wodzie.

A propo krów to te którym było gorąco (a gorąco było) zażywały kąpieli w przydrożnych rzeczkach.

facebook_20140805_009

Wysiedzieliśmy nad morzem prawie cały dzień, ale co tu można dalej robić. Postanawiamy ruszyć do Istambułu. O drogach tureckich krążą legendy a o samym Stambule to już w ogóle można się nasłuchać opowieści … ale to już w następnej części relacji – takiej bardziej cywilizowanej.

Svalbard wita nas

Jest 2:20. A my już w namiotach na Svalbardzkim campingu. Latoś tego roku jakoś tak bardziej sprzyjające i nawet gotowym powiedzieć ze gdyby było z 30 st wiecej to by było jak na wyspach kanaryjskich. No to dzisiaj na krótko odmeldowuję się i pora spać.

Svalbard-Widok-Z-Samolotu

Svalbard-Camping

Majówka na wschodzie

Na Krym

Jak 90% Polaków tak i my wyruszyliśmy na tzw majówkę. W sobotę zabawiliśmy jeszcze na święcie szkoły by w niedzielę o poranku ruszyć na podbój Ukrainy a dokładnie jej specyficznego miejsca jakim jest Krym. Wyjazd jak zwykle zapięty na ostatni guzik tak więc nic nie jest przygotowane – wrzucamy co się dało do auta i ruszamy w kierunku wschodniej granicy.
Pierwsze podejście zakładało przekroczenie granicy w Krościenku – granica mała, bardziej kameralna. Ostatecznie wylądowaliśmy w Medyce. O dziwo po 30 minutach byliśmy już po stronie Ukraińskiej.
Jedziemy w kierunku Lwowa. Szosa pokrywa nowiutki asfalt, pachnie jeszcze Euro 2012 – widać, że się postarali na mistrzostwa. Po drodze zastanawiam się wciąż nad tymi wszystkimi krytycznymi głosami nt ukraińskich dróg a tu taka miła niespodzianka. Jedyne zagrożenie na drodze to lokalni kierowcy którzy nie uznają żadnych zakazów. Robią to wszystko jednak bardzo skutecznie unikając kontaktu z lokalnymi stróżami prawa – ot taki sposób poruszania się po drodze – taka inna Sycylia :).
Mijamy Lwów i zjeżdżamy w kierunku Ternopila. No i się zaczęło. Prędkość jazdy w porywach osiągała 50km/h. Dziury takie, że ciężko asfalt dojrzeć a ich głębokość jest taka, że pól malucha mogła by się zmieścić. Jadę za tubylcami licząc, że może znają jakieś odpowiednie warianty jednak szybko sie orientuje że tu każdy radzi sobie sam ;-). Po kolejnych paru kilometrach nie było mi już nawet obca jazda pod prąd czyli lewym pasem. Na szczęście od czasu do czasu było też utwordzone pobocze które to asfaltu nie widziało i tak też można było największą prędkość rozwinąć. Nigdy nie sądziłem, że na drodze projektowanej na dwa pojazdy może bezproblemowo poruzać się z pięć obok siebie klucząc między dziurami.
Wisienką na torcie była miejscowość Ternopile gdzie w drodze brakuje ponad 60% asfaltu a o pasach na jezdni nie ma co myśleć. Każdy jedzie jak chce byle do przodu.
I my również szybką 40ką przejechaliśmy miasto by w najbliższym lesie urządzić sobie upragniony nocleg.

BioLite – wreszcie w Krakowie. Pierwsze palenie.

Dzisiejszy wpis w postaci minitestu.

W ostatnim czasie drogą kupna nabyłem nowy palnik firmy BioLite. Palnik ten odróżnia się tym od pozostałych jakie posiadam dwiema funkcjami. Pierwsza różnica to paliwo jakiego używa się w palniku a mianowicie chrust a druga dość ciekawa funkcja to ładowarka elektryczna. Kuchenka po wielu różnych perturbacjach dotarł do mnie dnia dzisiejszego i też niezwłocznie postanowiłem przetestować wszystkie jego funkcje.

Pierwsze gotowanie
Pierwsze gotowanie

Teraz trochę z innej beczki. W dzisiejszych wyjazdach dalekich czy też bliskich towarzyszy nam tona sprzętu elektronicznego. Lata temu naśmiewaliśmy się z wycieczek Japończyków obwieszonych aparatami czy innymi gadżetami. A dzisiaj sami gdy wyjeżdżamy to zabieramy ze sobą aparaty, telefony, GPSa, e-booka i parę innych drobnych gadżetów. Wszystko fajnie gdy jedziemy samochodem albo „od hotelu do hotelu”. Problem pojawia się gdy wyruszamy na trekking bądź wyprawę gdzie od cywilizacji jesteśmy odcięci na długi okres czasu. Jednak dzisiaj człowiek bez prądu to  daleko nie pociągnie.

Z pomocą w takich przypadkach przychodzą nam różne ładowarki solarne. My oczywiście nie stroniąc od nowych technologii taką  posiadamy i trzeba by przyznać urządzenie bardzo fajne gdyby nie to, że w miejscach takich jak Spitsbergen baterie słoneczne nie sprawdzają się najlepiej. Może się to wydawać dość dziwne bo w końcu słońce świeci tam przez całą dobę jednak nie jest ono tak mocne by naładować w pełni akumulatory ładowarki. Myślę, że na pustyni wspomniana ładowarka sprawdziła by się wyśmienicie.

Co jednak robić gdy nie mamy słońca a prąd jest nam potrzebny ?

I tu z pomocą przychodzi nam właśnie firma BioLite która to produkuje kuchenki turystyczne razem z ładowarką. Ładowarka działa na podstawie ogniwa Peltiera i posiada jeden port USB. Port dostarcza napięcie 5V i prąd maksymalnie 4W. Dodatkowym plusem tego palnika jest rodzaj paliwa jaki jest używany do palenia a mianowicie chrust (czyli zwykłe suche patyki).

Pierwsze rozpalenie

By potestować palnik udałem się z dala od osiedli ludzkich czyli w tzw łąki ruczajowskie gdzie młodzież urządza sobie imprezy i pali ogniska. W tak bezpiecznym miejscu nazbierałem chrustu i zabrałem się za rozpalanie. Dla każdego kto ma chociaż odrobinę wprawy w rozpalaniu ogniska, rozpalenie w kuchence nie będzie sprawiać większego problemu. Dla ułatwienia w zestawie z kuchenką jest mały zestaw rozpałek. Ogień po chwili buchnął z kuchenki. Dołożyłem do pieca drewna i czekałem na jakąś reakcję ze strony ładowarki.

Żar bucha z kuchenki :)
Żar bucha z kuchenki :)

Przy okazji nastawiłem litr wody w menażce (co widać na pierwszym zdjęciu). Po rozgrzaniu ogniwa gdy prąd zaczął się generować załączyła się turbinka tworząc mały cyklon w kuchence. Wspomaga to palenie oraz układa płomień w bardzo ładnym kształcie. Po około minucie zaświeciła się zielona dioda sygnalizująca gotowość ładowarki. Podpiąłem kabel USB i załączyłem go do telefonu który to o dziwo od razu zaczął się ładować – no i tu pierwsza wtopa bo telefon był naładowany prawie na maksimum przez co nie udało mi się sprawdzić jak szybko uzupełnia się bateria. Na dodatek mój gotowany litr wody wrzał w niespełna cztery minuty. Co jest wynikiem dość zadowalającym. Okazało się, że ilość patyków jaką nazbierałem wystarczyło by na ugotowanie dwunastu dań na wigilię :) Dodatkowo wymuszona cyrkulacja wzmaga spalanie i z patyczków nie pozostaje nic poza drobnym popiołem.

Podsumowując:
Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Podstawowe funkcje działają – gotowanie odbywa się dość szybko i elektryczne urządzenia ładują się. Łatwość dostępnego materiału palnego jest niewątpliwie bardzo dużym pluse. Nie sprawdzi się co prawda w wyprawie na biegun północny ale w większości przypadków jest idealną kuchenką turystyczną.
Z minusów (żeby nie było, że w samych superlatywach) działająca turbinka trochę szumi co niestety psuje klimat ogniska (nie jest to jakoś strasznie głośne – kuchenka gazowa chyba zachowuje się głośniej).

Myślę, że z zakupu najbardziej będą ucieszone nasze dzieci gdy będą miały wreszcie możliwość doładowania swojej konsoli :)

Wieczorne Svalbardzkie granie
Wieczorne Svalbardzkie granie

Ogólnie polecam, niestety jest problem z dostępnością tej kuchenki w Europie.

Ucieczka z krainy deszczowców

Ostatnie dni ciągle lało. Kraina deszczowców rodem z Baltazara Gąbki. Postanawiamy uciekać na północ licząc, na jakąś poprawę.

Piękna podeszczowa zieleń
Piękna podeszczowa zieleń

Droga do Trondheim to nieustanna walka wycieraczek z deszczem na szybie oblepionej niezlliczonymi ciałami komarów. Dojeżdżamy do Trondheim a tu deszcz ustaje. Humory się poprawiają zwłaszcza że chcieliśmy odwiedzić katedrę którą to zamknięto nam przed nosem podczas ostatniej w tym mieście. Tym razem się udaje, katedra otwarta ino zdjęć robić nie wolno i trzeba się strasznie czaić.

Trondheim
Trondheim – Katedra

Po zwiedzaniu katedry wybieramy się zobaczyć co się zmieniło w przeciągu ostatnich dwóch lat. No i poza niskim stanem wody, remontem windy rowerowej i zmianą menu w lodziarni na rogu nie zmieniło się za wiele.

Trondheim
Domy na wodzie – Trondheim

Z okazji ładnej pogody w planie szybki nocleg by wysuszyć namioty. Po drodze zjeżdżamy do wodospadu formofossen, znany nam również z poprzedniej wizyty w tym miejscu. Nad, pod lub w tym wodospadzie rybki prężą swoją pierś przed turystami wykonując akrpbatyczny free jumping.

Rybi base jumping
Rybi base jumping

Kończąc dzień dzisiejszy znajdujemy fajne miejsce noclegowe (N 64 38.234′ E 12 36.276′) gdzie przy ognisku, śpiewie i polskim browarku zakańczamy dzień.

Wieczorny posiłek
Wieczorny posiłek

 

Stało się …

Przenieśmy się do roku 1998. Zapalony młodzieniec z karierą geeka siedzi przed swoim Pentium 200 (przy świetle lampki z żarówka 100W o którą dzisiaj już ciężko) i walcząc z modemem 14,4 (albo juz 36) usuwa pliki z serwera KKI. W jego błyszczących oczach widać już wizję nowej strony domowej, a w głowie tylko jedna myśl – „zrobię tylko małą zmianę, odświeżenie i wrzucam z powrotem”. Nie wiedział wtedy jak bardzo się myli :-)

Wróćmy teraz do rzeczywistości – od wspomnianej chwili minęło 12 lat a strony jak nie było tak nie ma i pewnie nie było by jej nadal gdyby nie to, że chciałbym się od czasu do czasu podzielić jakimiś zdjęciami a nie mam gdzie :) Dlatego zapraszam do lektury i od czasu do czasu do obejrzenia tego czym chciałbym się podzielić.