Na południe – gdzie nas oczy poniosą

Nadeszły długo oczekiwane wakacje. Nie ma co ukrywać ale wyjechać nam w tym roku było naprawdę trudno. Pierwszy plan zakładał objazd Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Po rozeznaniu się w środowisku okazało się, że może i Gruzja ładna ale strasznie tam tłoczno od naszych rodaków. Skoro nie zakałkazie to kolejnym celem była Czeczenia i Dagestan. Los sprawił, że dzień przed złożeniem wniosku wizowego do Rosji zgubiłem dokumenty – no nic trzeba obrać inny kierunek. W tym czasie dokumenty się znalazły – niestety wiz już nie wyrobimy. No to powrót do planu nr 1. Tu znów na nosie zagrał nam czas zabierając tydzień z cennego urlopu.

I co tu robić ?
Pozostało nam jedno – spakować manele i pojechać w kierunku który obraliśmy – południowy wschód. Pewnie się zastanawiacie dlaczego południe, przecież my nigdy nie jeździmy tam gdzie jest gorąco. W tym roku jednak nasze pociechy dokonały buntu i stanowczo zaprotestowali nad wakacjami gdzie temperatura jest bliska zeru. Ale wracając do naszej drogi. Jedziemy w kierunku … no właśnie tego do końca jeszcze nie wiemy. Dzisiaj dojechaliśmy w rumuńskie pola. Miejsce na nocleg miało być koło jakiejś wody by się trochę domyć niestety “rzeczka” okazała się rowem w którym o tej porze roku chyba nic nie płynie. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W zaroślach mieszka setka ptaków które to wieczorem świergotały na całą okolicę. Po zmroku ustąpiły miejsca świerszczom i pięknemu rozgwieżdżonemu niebu gdzie droga mleczna góruje nad naszymi namiotami.
Noc w Rumuni

Zorza złapana – udało się!

Wstalismy jak zwykle „z kurami”, na zewnątrz panowała dalej noc ( była godzina ok. 9:30), dopiero po godzinie zaczął sie robić półmrok. Sprawdziłem na GPSie kiedy jest planowany wschod i okazało sie, ze na tej wysokości geograficznej wschodu dzisiaj nie bedzie. No nic trzeba sie zbierać i ruszać póki cokolwiek widać. Upichcilismy śniadanio -obiad i udaliśmy sie w kierunku norweskiej E6. Gdy juz do niej dojechaliśmy i stanęliśmy na rozdrożu to zapadła chwila konsternacji – gdzie jechać ?
Szybko sprawdzamy pogodę w okolicy i okazuje sie, ze na północy (czyli Nordkapie tam gdzie planowaliśmy) ma sypać a na wysokości Tromso ma być ładnie. No to wybór jest prosty – zachód. Jedziemy w stronę Tromso. Na E6tce podziwiamy fiordy trochę inne niż je pamiętamy z letnich wojaży – nie pokryte zielenią a białym puchem.

Zimowy fiord
Zimowy fiord

Droga oczywiscie równie bialutka, a na bokach zwisają wspaniałe lodospady, aż żal że w domu grzeją się dziabki jak można by sie tu trochę powspinać.

Lodospady przy drodze do Tromso
Lodospady przy drodze do Tromso

Im bliżej Tromso tym niebo ładniejsze. Jest szansa, że coś dzisiaj w nocy wypatrzymy a ze dzisiaj również Nowy Rok to trzeba zajechać po jakies fajerwerki. Tromso znamy juz dość dobrze, wiec udajemy sie od razu do centrum handlowego po zapasy pirotechniczne. W Norwegii nie sprzedaje sie fajerwerków w sklepach a jedynie w kontenerach przed sklepami. Łatwo je znaleźć po kolejce niczym po cukier lub szynkę w pamiętnych czasach. No nic dostaliśmy swoje po czym sie okazało, ze naszych kart nie akceptują i musimy skoczyć po gotówkę … trochę nas to zdziwiło, bo tu nawet za samą bułkę płaciliśmy kartą. Okazało sie, ze takich wybrańców jest na szczęście wiecej :-)

Po uzupełnieniu stanu magazynowego ruszyliśmy w poszukiwanie ustronnego miejsca gdzie bedzie można strzelać, szukać zorzy i balować do rana :-)

Okolice Tromso
Okolice Tromso

Objechaliśmy pobliską wyspę wzdłuż i wszerz i znaleźliśmy pare miejsc jako idealnych kandydtaów na nockegowisko. Ja badając przy jednym z nich grunt zaliczyłam piruet na lodzie taki, ze rosyjska baletnica by sie go nie powstydziła przy okazji gubiąc telefon. Miejsce zostało przez resztę odrzucone. No nic wracamy na poprzednie.
Rozłożeni do spania, po suto zastawionej kolacji zorientowałem sie, ze zaginął gdzieś mój telefon a co gorsza jedynym miejscem gdzie go mogłem przesiać był moj taniec na lodzie. Nie wspomniałem wcześniej, ze za Tromso droga pokryta jest idealnym lodem. No to wracamy. Justyna po drodze bada prognozę pogody i nad Tromso cos sie pojawia, jest nadzieja, ze cos dzisiaj zobaczymy.
Jedziemy znów do poprzedniego miejsca gdzie potencjalnie znajduje sie moj telefon a tu z czterdzieści osób w kamizelkach sie kręci, dwa autobusy etc. Pierwsza myśl to jakis wypadek i wyciągają kogoś kto nie wyrobił sie na zakręcie ale jak sie za chwile okazało to zorganizowany wyjazd na zorzę :-) no to pięknie – myśle sobie gdzie ja w tej hordzie fotografujących niebo znajdę swoją zgubę. Dzwonię – patrzę w miejsce gdzie sie wybrałem a tam mruga do mnie zalotnie cos na lodzie. Znalazł sie ale nienormalną tu jest ważny gdyż po chwili pojawiła sie nad nami piękna zielona zorza. No cos wspaniałego. No to aparat na statyw i huzia na juzia …. Tfu na zorzę. Spektakl trwał przynajmniej z godzinę poczym wymarznieci (wiało jak w kieleckim) wracamy do pierwotnego miejsca noclegu. Zorza na chwile znika by pojawić sie znowu i tańczyć na niebie. Ona tez wita z nami Nowy Rok. Nastała północ, odpaliliśmy arsenał fajerwerków, wypiliśmy to co sie zwykle wtedy wypija, złożyliśmy sobie życzenia i udaliśmy sie do … nie nie, nie do snu do podziwiania pięknego widowiska jakie toczyło sie nad naszymi głowami.

Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową
Zorza w noc Sylwestrową

Podróż na Krym – notatki z pamiętnika

Przy okazji prowadzonych zmian na stronie, postanowiłem się zmobilizować i napisać wreszcie krótką relację z wyjazdu na Krym a dodatkowo okrasić ją garstką zdjęć.

W ramach majówki postanowiliśmy odwiedzić Krym. Podobno piękne miejsce, kiedyś wielu naszych krajan bywało tam na wakacjach ceniąc sobie je bardziej niż jakiekolwiek inne. O Krymie wiele się też nasłuchaliśmy od znajomych. Decyzja zapadła jedziemy.

Przygotowania

Z przygotowaniami jak zwykle najciężej. Plan wyjazdu zmieniał się z godziny na godzinę i do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy kiedy wreszcie pojedziemy. W pierwszy dzień wolnego szkoła naszych dzieci organizuje „dzień szkoły” a my aktywnie w nim uczestniczyliśmy co też wpłynęło na opóźnienie wyjazdu. W końcu uporaliśmy się z edukacją wróciliśmy do domu, spojrzeliśmy w zapasy i powrzucaliśmy co się tylko nadawało – najwyżej czegoś nam zabraknie.
Planowana trasa biegła przez przejście graniczne w Krościenku. Wiele się nasłuchaliśmy o innych przejściach (Korczowa czy Medyka) i postanowiliśmy ich uniknąć, kierując się na małe przejście w Bieszczadach. Jednak jak to w zaplanowanym wyjeździe bywa, dotarliśmy do Przemyśla i padła propozycja by jednak zobaczyć jak wygląda sytuacja w Medyce. Bo niby po co tułać się gdzieś w Bieszczady jak można szybko przeskoczyć granicę.
Wielokrotnie przekraczałem już to przejście (Grzesiek) i wiem, że nie jest to miejsce przyjazne turystom, jednak tym razem zostałem mile zaskoczony. Po niecałych trzydziestu minutach nasz pojazd był już po stronie Ukraińskiej.
Na granicy przy odprawie celnik zmierzył nasz pojazd z góry do dołu i oddając dokumenty powiedział: „dobry samochód na ich drogi”. Spodziewaliśmy się drogowego armagedonu.

Po stronie Ukraińskiej

Przejeżdżamy granicę. Ku naszemu zaskoczeniu jedziemy nowiutkim asfaltem. Trakt do Lwowa prowadzi nową drogą wybudowaną na Euro2012. No tak to w końcu z nimi organizowaliśmy mistrzostwa i nie tylko u nas trzeba było drogi lepić. Piękna, równa droga prowadziła do samego stadionu za Lwowem (nie wiem jak dalej), z której jednak musieliśmy zboczyć w stronę Ternopila. Gdy tylko skręciliśmy z wcześniej wspomnianej drogi stadionowej naszym oczom ukazał się jeden wielki brak asfaltu. Wyjazd co prawda miał być po bezdrożach Krymu, więc może i źle nie będzie.
Po kilku kilometrach okazało się, że jednak nie jest to turystyczny rarytas. Dziury w drodze takie, że Smart mógłby się w nich schować cały. Ludzie radzą sobie jak mogą jeżdżąc od lewego do prawego pobocza – nie zważając na to czy ktoś jedzie z przeciwka czy też nie. Na początku jechaliśmy za miejscowymi licząc, że znają oni przesmyki niczym kapitanowie okrętów pomiędzy górami lodowymi. Szybko jednak się okazało, że tutaj każdy radzi sobie sam i wybiera taką drogę by jego samochód najmniej ucierpiał.

Za Lwowem asfalt lekko wyparował
Za Lwowem asfalt lekko wyparował

Ukraińskie drogi mają to do siebie, że posiadają szerokie utwardzone pobocze, niewiele myśląc zjechałem z drogi na pobocze i zacząłem nim jechać. No to jest trasa. Mijamy wszystkich prawą stroną, prędkość można rozwinąć ponad 40 – jest szansa, że dojedziemy jednak na ten Krym. Tępo jazdy zostało szybko skorygowane, gdyż na poboczu dziur co prawda nie było ale czyhały na nas inne niespodzianki – np. drzewo włożone w jakąś wielką wyrwę.

Ternopile

Dojechaliśmy do Ternopile. Miasto kiedyś widziało asfalt ale w chwili gdy my tam byliśmy ślad po nim zaginął. Drogi szerokie – widać, że kiedyś były pasy do skrętów etc ale dzisiaj nie ma nic (oznaczonego oczywiście). Justyna stara się trzymać kurs a ja staram się omijać jakoś dziury nie zahaczając o jadące z lewej i prawej samochody. Podczas tej nierównej walki minąłem skrzyżowanie na którym mieliśmy skręcić i lekko zagubiłem się w mieście jednak po chwili byliśmy już na wylotowej drodze. Za miastem asfalt pojawiał się już coraz częściej

Stróże prawa

Gdy pojawił się asfalt to i jazda zaczęła mijać trochę szybciej. Dojechaliśmy do jakiegoś pojazdu który poruszał się z wyjątkowo niską prędkością a że były zakręty więc grzecznie sunęliśmy za nim. W tym czasie miejscowi, nie przejmując się niczym wyprzedzali w najlepsze. W pewnej chwili pojawiła się piękna długa prosta trasa. Wrzucam kierunek i rura. Wreszcie minęliśmy spowalniacza. Nie nacieszyłem się długą drogą, gdyż wracając na swój pas widziałem już czujnego stróża prawa który wyciągał lizak by machnąć mi w celu zjazdu na pobocze.
Zatrzymałem się do kontroli, policjant poprosił o dokumenty oraz o podejście z nim do samochodu. Rozmowa była dość ciężka, gdyż nie mogłem go w ogóle zrozumieć. W końcu przyszedł jego kompan i oświadczył, że ze mną nie ma sensu rozmawiać po ukraińsku bo ja i tak nie rozumiem, tu trzeba po rosyjsku. No i jak przeszliśmy na język wielkiego brata to wszystko zaczęło się klarować. Dowiedziałem się o tym jak niebezpieczny manewr wykonałem bo linia była ciągła no i jak strasznie dużo trzeba wpisywać w formularzach od mandatów. Został mi zademonstrowany przykładowy blankiet z ogromem krateczek do wypełnienia. Cel był jeden i obaj wiedzieliśmy jaki – kwestia była raczej ustalenia kwoty mandatu. Jakoś nikt nie chciał podać swojej ceny więc znów przyszedł kolega policjanta i mówi, że u nich za takie wykroczenie będzie z 600€. Nie ukrywam, że takiej kwoty to się nie spodziewałem (oni chyba też). No i zaczęły się negocjacje, finalnie stanęło na około 100 PLN (to był najdroższy mandat jaki zapłaciłem na Ukrainie).
Po uiszczeniu opłaty panowie jeszcze raz mnie upomnieli, że droga na Krym daleka i powinienem uważać na takie manewry. No dobra (myślę sobie) lekcja była dobra – teraz już wiem na co uważać. Ruszamy dalej.
Nie minęło może trzy godziny wyjeżdżamy z zakrętu a tu kolejni stróże prawa nas zatrzymują i pokazują mi na kamerze (takiej zwykłej na statywie), że na znaku STOP się nie zatrzymałem a jedynie zwolniłem. No nic kolejne starcie. Tym razem poszło szybko i sprawnie. Każdy wiedział co miał robić. Tym razem mandat stanął na około 20PLN chociaż kręcili nosem, że mało i może żona ma więcej – w końcu powiedzieli, żeby jechać. Justyna stwierdziła, że jak będziemy mieć takie tempo to mandatów do Krymu zapłacimy tyle, że nam kasy zbraknie :) Na szczęście to był już ostatni – wiedziałem co robić i jak jeździć. To był dzień cennych aczkolwiek kosztownych doświadczeń.

Docieramy na Krym

Po dwóch dniach jazdy, docieramy na Krym. No i tu się pojawia pierwszy problem – gdzie jechać i co oglądać. Czasu nie ma na tyle by na spokojnie eksplorować bezdroża a z drugiej strony jest trochę ciekawych miejsc które warto by było zobaczyć. Zatrzymujemy się pod znakiem oznajmującym, że jesteśmy na Krymie i przeglądamy zakupiony dzień przed wyjazdem przewodnik i mapę. Decydujemy się odbić na zachód by następnie przez południe dojechać na wschód skąd wrócimy długą mierzeją.
Ruszamy więc w stronę Simferopola poczynić pewne drobne zakupy i odbijamy w stronę morza. Wieczorem dojeżdżamy do Mykolaivka. Zaczynamy się powoli rozglądać za noclegiem, wg. naszej mapy nad more (wzdłuż brzegu) powinna być droga więc klucząc po mieście szukamy dojazdu do niej. Finalnie decydujemy się na spacer nad morzem. Dwa dni tułania się po Ukrainie trzeba uczcić zamoczeniem nóg w słonej wodzie. Wieczór jest raczej ciepły – chociaż lokalni mieszkańcy ubrani już dość grubo, dziwnie przyglądali się nam biegającym po wodzie.
Pospacerowaliśmy plażą w jedną i drugą – drogi nie ma.  W sumie to dziwne gdyby gdzieś tu była. No nic trzeba szukać miejsca do spania. Wsiadamy do samochodu, opuszczamy miasteczko i szukamy jakiejś polnej drogi która by prowadziła w ładne miejsce. Nie odjechaliśmy daleko gdy w stronę morze odchodziła polna dróżka – próbujemy. Po krótkiej jeździe stoimy na wysokim klifie a przed nami rozpościera się, aż po horyzont morze czarne a na jego końcu słońce próbuje skąpać się w jego wodzie.

Na początku uderzyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zachód przywitał nas pięknymi kolorami
Na początku uderzyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zachód przywitał nas pięknymi kolorami

Pooglądaliśmy okolicę – zejście do morza lekko utrudnione – wręcz niemożliwe ale jest droga więc pewnie też prowadzi do jakiegoś miejsca gdzie da się zejść. Sprawdzimy to rano, dzisiaj trzeba się gdzieś rozbić. Jeszcze chwilę kluczymy, by po przedarciu się przez gąszcz krzaków zatrzymujemy się w dość przyjemnym miejscu. Po chwili żar ogniska bucha a my szykujemy zakupioną kiełbasę na kolację.
Rano skoro świt ruszamy nad morze. Piękna pogoda, słońce grzeje. Jedziemy wzdłuż klifu w kierunku Mykolaivka by po chwili dojechać do miejsca z którego da się zejść. Nie jesteśmy sami, bo już jakiś samochód stoi. Parkujemy i rura do wody. Zejście na plażę jest może trochę kłopotliwe i wymaga zeskakiwania z murków jednak nagrodą jest plaża na której jest pusto. Zbudowaliśmy zamek, chłopaki się trochę pochlapali, ludzie zaczęli się schodzić więc postanowiliśmy ruszać dalej, no bo co robić na takiej plaży.

Bakczysaraj

Czas coś zwiedzić, w myśl piosenki fasolek „przez łąki, przez pola pędzi fasola”, ruszyliśmy przez łąki unikając asfaltu prosto do byłej stolicy chanatu Krymskiego. Jest tu co zwiedzać. Do Bakczysaraju dojechaliśmy od jakiejś mało popularnej strony, gdzie stare kamienice straszą niszczejąc. Widać, że kiedyś tu się dbało o budownictwo bo kamienice dość okazałe. Jednak im bliżej centrum tym ciaśniej w zwiedzające tłumy, parkingi z masą samochodów i autobusów. Po drodze mijamy od groma pojazdów z Polskimi tablicami. Patrząc na ten tłum odpuszczamy sobie pałac chanów i przedzieramy się w kierunku skalnego miasta Czufut Kale. Dojeżdżamy do końca drogi, skąd trzeba ruszyć z buta. Zaczynamy rozglądać się za parkingiem gdy lokalny naganiacz zatrzymuje nas i mówi, że jak chcemy do skalnego miasta to takim samochodem możemy dojechać od drugiej strony przez góry. Jego znajomy przewodnik za odpowiednią dolę nas poprowadzi. Grzecznie podziękowaliśmy za informację jak i za przewodnika. Na co usłyszeliśmy – sami nie znajdziecie. No nic – kto jak nie my :) Zjechaliśmy na pobocze by dać możliwość przejazdu autobusom tłumnie dostarczającym świeżych turystów. Chwila analizy mapy i jest miejsce gdzie powinno być to miejsce które powinno nas doprowadzić do skalnego miasta. Jedziemy, klucząc wąskimi uliczkami. W pewnej chwili jesteśmy już na wzniesieniu ponad miastem. No i gdzie teraz ? Zatrzymujemy się na kolejną analizę mapy i ruszamy przed siebie po chwili dojeżdżamy do miejsca gdzie droga kieruje się w stronę gór i lasów. No to pewnie dobry kierunek – myślimy. Po chwili mija nas radziecki samochód terenowy marki Gaz wypchany turystami. To potwierdza nasze podejrzenia co do słuszności kierunku. Ruszamy za nim w pogoń. W pewnej chwili samochód przed nami dojeżdża do szlabanu i kierowca ugaduje coś z osobami przy nim po czym wjeżdża. Oj – pomyśleliśmy, może się okazać, że bez lokalnych się nie dostaniem. No nic próbujemy metodą na bezczelnego turystę – podjeżdżamy i pytamy czy do skalnego miasta to tędy – usłyszeliśmy, że tak tylko wjazd kosztuje bo to teren parku. Ujściliśmy opłatę i ruszyliśmy przed siebie. Dalej droga robiła się coraz ciekawsza, jednak zgubiliśmy naszego przewodnika a drogi odchodziły w każdą stronę.

Droga przez Krymskie góry
Droga przez Krymskie góry
Dopadliśmy naszego nieformalnego przewodnika
Dopadliśmy naszego nieformalnego przewodnika

Po krótkiej jeździe dojeżdżamy do punktu widokowego, gdzie napotkaliśmy wcześniej gonionego Gaz-a. To znak, że nadal zmierzamy w odpowiednim kierunku. Widoki są piękne – na rozległą dolinę i góry. No to krótki odpoczynek. Kanapeczki, zdjęcia, podziwianie piękna przyrody oraz kątem oka badamy gdzie jedzie nasz „przewodnik”. Po upojnym kanapko-obiedzie ruszamy dalej by po chwili stanąć przed bramą skalnego miasta. Faktycznie od tej strony jest dużo lepiej. Ludzi mało – parę samochodów. Większość stanowiła ekipa filmowa która kręciła jakiś materiał. Udajemy się na zwiedzanie a słońce pali niemiłosiernie.

W stronę Jałty

Po zwiedzeniu skalnego miasta, wracamy górskimi leśnymi dróżkami (u nas ta trasa na bank by była pozamykana dla samochodów) do miasta by szybko od niego odskoczyć jakąś polną alternatywą i jedziemy w kierunku sławetnej Jałty by zobaczyć jeszcze sławniejsze kukułcze gniazdo. Droga na mapie poprzeplatana serpentynami. Jedziemy w stronę gór Krymskich. Jak ktoś nie przepada za kręceniem na serpentynach to radzę ominąć tę drogę, ja lubiący miałem już ich dość :) Nie jest to jakaś straszna droga z przepaścią, gdyż jedzie się praktycznie cały czas lasem jednak serpentyny ciągną się bez końca. Co jakiś czas na zakrętach są miejsca postojowe gdzie można się posilić, wypić coś czy odpocząć od kręcenia kierownicą lub pedałami w zależności kto czym jeździ. W końcu jest szczyt, zaczynamy powoli toczyć się w dół. To znak, że zbliżamy się do (chyba) najpopularniejszej części Krymu. Miejsce kurortów. Do Jałty dojeżdżamy wieczorem. Trochę kluczymy by znaleźć miejsce dojazdu do kukułczego gniazda jednak po dwóch podejściach się nam nie udało, pooglądaliśmy zatem tę ikonę Krymu z tarasu widokowego i postanowiliśmy opuścić ten rejon, gdyż zrobiło się ciasno i gęsto jak w trójmieście w środku wakacji.

Jałta - Kukułcze gniazdo - to miejsce chyba każdy kiedyś widział. My tu tylko przelotem ze względu na tłumy
Jałta – Kukułcze gniazdo – to miejsce chyba każdy kiedyś widział. My tu tylko przelotem ze względu na tłumy

Przejazd przez miasto graniczy z cudem. Krakowskie korki o świcie są niczym w porównaniu z tym co zastaliśmy w mieście. Multum osób idących na wieczorną balangę, nowi dojeżdżali, próbowali gdzieś zaparkować, jakieś scysje, przepychanki kierowców połączone z bujną wymianą epitetów na swój temat. Jak tylko przedarliśmy się przez ten miejski busz postanowiliśmy uciec w stronę wschodnich stepów. Tam na pewno będzie bardziej spokojnie. W mieście zastał nas wieczór i zrobiło się dość późno. W takim miejscu ciężko znaleźć miejsce na nocleg. Wszędzie ludzie… brrrrr. Jedziemy wzdłuż wybrzeża szukając jakiegoś miejsca gdzie można by się zdrzemnąć. W końcu dochodzimy do wniosku, że nie ma szans zatrzymać się nad morzem, więc odbijamy w pierwszy lepszy las. Kluczymy trochę po tym lesie po czym zatrzymujemy się na środku jakiejś ścieżki – dzisiaj śpimy tu. Scieżka nie wygląda na jakąś mocno uczęszczaną, pewnie do rana nie będziemy nikomu przeszkadzać. Rozłożyliśmy nasze samochodowe łóżko i oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Noc minęła bezkolizyjnie. Rano opuściliśmy grzecznie las kierując się w stronę twierdzy Sudak.

Sudak

Krajobraz jest tu całkowicie odmienny niż w zachodniej części Krymu. Wzgórza pokrywają winorośl-są wszędzie. Jeżdżąc bocznymi drogami trochę ich po-podziwialiśmy. Istna kraina wina – no to trzeba będzie coś podegustować. Tymczasem docieramy do Sudaku. Twierdza wielka, widoczna jest z daleka. Miejsce mocno turystyczne, wszędzie sprzedawcy pamiątek. Wchodzimy do zamku a w środku – pusto :) Z wielkiej twierdzy z osadą pozostały tylko nieliczne jego części  np. zbiorniki na wodę czy meczet. Miasto Sudak było kiedyś największym portem Krymu oraz bardzo ważnym punktem handlowym.

Twierdza Sudak
Twierdza Sudak

Z Sudaku jedziemy dalej na wschód. Naszym celem są wulkany błotne, które są przy granicy z Rosją. Po drodze urządzamy sobie krótką przerwę na plaży by chłopaki mogli popluskać się w wodzie z meduzami, zakupujemy trochę lokalnego wina i odwiedzamy stare, niszczejące kurorty pamiętające czasy świetności turystycznej Krymu.

Wulkany błotne

Jedziemy w stronę miejscowości Kerch gdzie powinny być wulkany błotne (przynajmniej tak gdzieś o nich kiedyś czytałem przyp. Grzesiek). Od czasu opuszczenia Sudaku ciągle jedziemy asfaltem, więc droga mało atrakcyjna. Patrzymy na mapę czy daleko jeszcze – a przed nami kawał drogi a piękne, niezamieszkane stepy po lewej i prawej stronie. No tak to nie będzie. Odbijamy w pierwszą „w lewo” i ruszamy na przełaj przez stepy – od czasu do czasu jedziemy jakąś polną, od czasu do czas kluczymy w morzu traw. Teren piękny, śmiem nawet powiedzieć, że jest to najpiękniejsza część Krymu. Jedyni mieszkańcy tego rejonu to ptaki którym trochę przeszkadzaliśmy jeżdżąc przez ich podwórko. Od czasu do czasu zdarzało nam się wjechać do jakiejś miejscowości. Na dodatek od strony gdzie chyba nikt nie przyjeżdża wywołując wielkie zdziwienie u mieszkańców tych wiosek. A propo wiosek to wyglądały jak nasze stare po-pgr-owe wsie na Podkarpaciu. Wieczorem ujrzeliśmy morze Azowskie. Tu zabiwakujemy. Dojeżdżamy do brzegu. Okazuje się, że wzdłuż brzegu biegnie droga którą lokalni przyjeżdżają tu oderwać się trochę od codziennych obowiązków. Koło nas rozbiły się dwie rodziny. Zachód słońca zgotował nam niezłe widowisko bo słońce rozpaliło morze do czerwoności.

... decydując się w końcu ukryć za horyzontem
Słońce decyduje się w końcu ukryć za horyzontem

Wspaniałe miejsce by przy krymskim winie, szumiącym morzu podziwiać zachód słońca. Chłopaki ruszyli do wody i buszowali w niej do późnej pory.

Rankiem okazało się, że cała plaża wypełniona jest muszlami, w zakamarkach skał jest mnóstwo ryb a woda ma kolor zielonkawy. Miejsce przewspaniałe by tu posiedzieć. Rozgościliśmy się na plaży w poszukiwaniu ładnych muszli do domowej kolekcji, popluskaliśmy w wodzie, postraszyliśmy wygrzewające się węże, węże postraszyły trochę nas, wot sielanka.

Trzeba jednak jechać szukać tych wulkanów. Jedziemy łąkami do miejscowości Bondarenkowo w okolicach której znajdują się owe wulkany. Po drodze mijamy wielkie słone jezioro, które w okresie letnim wysycha i tworzy jedną wielką białą plamę. Zjeżdżamy by przyjrzeć mu się z bliska. Okazuje się, że pod warstwą soli jest bardzo miła dla ciała warstwa czarnej mazi która wcale nie ma ochoty się zmyć, zwłaszcza, że w okolicy nie ma żadnej wody.

jak okiem sięgnąć czysta i nieskazitelna sól - no może poza naszymi śladami
jak okiem sięgnąć czysta i nieskazitelna sól – no może poza naszymi śladami

Dojechaliśmy do wsi Bondernkowo ale ani śladu wulkanów, informacji, tabliczek etc. No nic wjechaliśmy od strony niepopularnej więc i nic nie ma. Jeździmy po wsi w tą i z powrotem, na pobliskie pagórki ale nigdzie nic nie ma. No nic trzeba szukać. Udajemy się na przełaj przez łąki rozglądając się czy gdzieś nie widać czegoś nienaturalnego. W pewnej chwili na jakimś pagórku Justyna wypatrzyła ludzi. Ruszamy w ich stronę. Dojeżdżamy i pytamy ich o wulkany. Mina napotkanych osób była bezcenna. Gdyż nie spodziewali się jakiegoś samochodu wśród  pagórków. Ale powiedzieli nam, że oni uważaja. że tam się nie da dojechać a najlepiej zapytać gościa który idzie na końcu. Finalnie dowiedzieliśmy się, ze trzeba jechać w stronę baraków które widać gdzieś daleko i od nich już zobaczymy wulkany. I tak też uczyniliśmy i się udało (dla zainteresowanych podaję koordynaty: N45°25.558 E036°28.665). Wulkany są trochę inne niż te które widywaliśmy do tej pory. Nie są to wielkie góry groźnie wyglądające a jedynie małe kopczyki z których wypluwane jest błoto. Na koniec Justyna z Pawłem urządzili sobie kąpiel błotną (podobno to błotko to takie jakiego używa się w spa) i trzeba ich było odwieźć na kąpiel do pobliskiego morza.

błotnistych wulkanów ciąg dalszy
Wulkany błotne

Przy okazji kąpieli zjechaliśmy na plażę gdzie jacyś lokalni budowlańcy nabierali piasek, nie wiem czy do końca legalnie – nie mniej ich zdziwienie było bezcenne, gdy zobaczyli jak wypadają ludzie z samochodu – rura do morza, myją nogi i spadają.

Wszystko co dobre kiedyś się kończy

Długi majowy weekend powoli zbliża się ku końcowi a i nam czas wracać do kraju. Na koniec jeszcze jedna atrakcja (w planie była jeszcze elektrownia atomowa ale zapomniałem spisać sobie gdzie ona jest) przejazd długą na ponad 100km mierzeją Arabatskaja Striełka. Droga mierzeją jest naprawdę godna polecenia. Droga jest gruntowa więc trzeba się liczyć z tarką na długim odcinku drogi, niemniej jednak warto się przejechać. Gdzieś pośrodku mierzeji urządzamy nocleg – ale komary tak nas cięły, że nie zdecydowaliśmy się długo zabawić na plaży. Dalej już czarną asfaltową drogą prosto do Medyki i do domu.

Dla tych co im mało, zapraszam do obejrzenia galerji z wyjazdu: Krym, Maj  2013

Za czym nasze dzieci tęsknią będąc z nami na wakacjach

Jutro już będzie tydzień jak wróciliśmy ze Spitsbergenu i nie powiem, żeby udało nam się już zaaklimatyzować, ale wzięło mnie trochę na wspomnienia, w sumie to cały czas jestem jeszcze tam.
Jakie zachcianki mogą mieć dzieci, które praktycznie 3 tygodnie były pozbawione normalnej cywilizacji:

– idziemy sobie spokojnie w głąb Doliny Adventdalen i Kuba do taty: „tata jak przyjedziemy to zrobisz mi na obiad gofry, a mama zrobi nam tartę z malinkami” – po prawie trzech tygodniach życia na liofilach to i na takie smakołyki człowieka nachodzi, że aż ślinka cieknie i jak tu spokojnie później spać, jak takie tematy są poruszane w ciągu dnia,

– tym razem Paweł ” a jak juz wrócimy do domu to czy bedę mógł sie pobawić trochę klockami lego i nie bede musiał wychodzi na dwór„,

– i na koniec, leżę tak sobie z Kubą w namiocie w sumie to już ostatni nocleg przed miastem ( do miasta tylko 15 km, czyli jeden dzień drogi) godzina nie wiem która ale pewnie gdzieś pierwsza w nocy, ciągle jasno na zewnątrz, usnąć coś nie możemy, więc Kubusia wzięło na sentymenty. Pyta sie mnie ” mamo, a kiedy będę mógł spać pod zwykłą kołderką i na moim łóżku, kiedy bedziemy w jakimś mieście gdzie są ludzie” :)

Muszę powiedzieć, że jak tak się słucha niekiedy dzieciaków, to takie beztroskie jeszcze jest ich życie, aż chciałoby się żeby człowiek też tak potrafił.

A jakie zachcianki są Waszych dzieci, kiedy wyjeżdżacie na urlop? Za czym najbardziej tęsknią?

Tundra - przekraczamy strumienie

W kainie żarłacznego komara

Dzisiaj po południu zjechaliśmy z promu na skandynawską ziemię. Przy zjeździe wyrywkowa kontrola alkomatem. Nie dziwię się szwedzkiej policji że prowadzi taką kontrolę. Większość płynących promem to kierowcy a wieczorem to osiem dziesiątych pasażerów chodzi chwiejnym krokiem a wzrok mają lekko nieokreślony i to nie z powodu jakiejś choroby morskiej tylko dzięki złocistemu płynowi z bąbelkami.
Dzień dzisiejszy ma charakter dojazdowy, tak więc żadnych większych atrakcji poza uciekającymi kilometrami. Dla rozrywki od czasu do czasu zbaczamy z głównej w celu obejrzenia lokalnego folkloru. Dla przykładu trafiliśmy dzisiaj na miejscowość gdzie większość mieszkańców posiadała jakieś zabytkowe pojazdy i tylko auta nowszej generacji zaburzały ten przyjemny widok.
Obiad nad jeziorem uświadomił nam że dotarliśmy do krainy którą niczym justus na krakowskim rynku włada komar. A jeszcze bardziej dał nam popalić w środku lasu gdzie postanowiliśmy się zątrzymać na dzisiejszy nocleg.
Pogoda na koniec dnia przyniosła deszcz tak więc bez większych wieczorynch zabaw i hulanek udajemy się spać w naszych namiotach.

Leje tak, że nawet ognisko się nie chce palić
Leje tak, że nawet ognisko się nie chce palić

Yosemite Valley

Jak dobre wino czy też domowa nalewka tak i zdjęcia powinny odleżakować swoje zanim weźmiemy się za ich konsumpcję. Z reguły staram się nie oglądać zdjęć zaraz po powrocie bo wtedy żadne mi się nie podoba i zatruwają mi umysł pochłonięty widokami z ostatnich dni :) Dopiero gdy swoje odleżą a wspomnienia o danym miejscu już trochę przegryzą się z szarą codziennością wracam do ich przeglądania, sortowania i wywalania tego co nie nadaje się do użytku. Co prawda większość znajomych zawsze narzeka na niemożliwość ich obejrzenia – no ale jak się robi zdjęcia w RAWach a później każde z koleji przegląda osobno to schodzi parę ładnych piw… tfu wieczorów zanim osiągnę to co utkwiło mi w pamięci. Dzisiaj taka mała zajawka o miejscu którego nie trzeba przedstawiać nikomu kto się wspina (a jak się nie wspina to pewnie też kojarzy). Dolina Yosemite w Kalifornii. Piękna dolina polodowcowa, rewelacyjne miejsce dla wspinaczy i miłośników spacerów górskich. Dolina takich sław jak El Capitan czy Half Dome. Nie miałem za dużo czasu by oddać się przyjemności fotografowania jednak półtora dnia wycieczek pieszych pozwoliło na rozpoznanie w terenie.

Dnia pierwszego udałem się szlakiem na Half Dome – po drodze parę całkiem zgrabnych wodospadów. Do samego Half Dome niestety nie dotarłem bo w okresie w którym byłem zostały zdjęte poręczówki. Dla niezorientowanych link do „poręczówek„. Wygląda to trochę jak nasz Giewont w maju :P

Dzień drugi, tu już miałem mało czasu więc wybrałem krótki szlak w stronę El Capitana (akuratnie startował z kempingu gdzie spaliśmy)

No i na koniec widok na dolinę:

Dla zainteresowanych: nocleg na kempingu w dość rozsądnej cenie (jak dobrze pamiętam to ok $5 za osobę). Mieszkaliśmy na Camp 4. Klimat trochę jak w starym moku większość mieszkających to wspinacze. Bardzo mili ludzie – po godzinie 18tej trzeźwego na kempingu nie uświadczy. Łazienka taka że da się umyć zęby. Gdyby ktoś chciał to na terenie parku można wziąć prysznic (do ceny prysznica wliczony jest ręcznik). Na kempingu jest wiele miejsc do palenia ognisk z nakładanym grillem więc można co nieco upiec.

W parku podobno żądzą misie a przynajmniej taka informacja jest na każdym kroku. Nie wolno zostawiać w samochodzie żadnego jedzenia ani nic aromatycznego (od kosmetyków począwszy a skończywszy na jakiś ziołach). Do przechowywania takich dóbr każde miejsce kempingowe ma swój sejf  (wielką skrzynię stalową). Misia co prawda nie spotkaliśmy jednak trzeba uważać na wiewiórki które to bezczelnie przychodzą i próbują nam zwędzić coś z naszych zapasów.

 

 

Wakacyjna arktyka – Islandia

Nadchodzi urlop a razem z nim kolejna wakacyjna przygoda. Po wielu burzliwych dyskusjach i rodzinnych naradach padło (już tradycyjnie), że jedziemy tam gdzie temperatura jest przyjemniejsza dla ciała czyli ciut za izoterme arktyczną. Pierwsze plany opiewały rosję i „wstęp” do północnej syberii.  Los jednak sprawił psikusa – ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu, skutkiem czego nie miałem chwili żeby przygotować nasz pojazd wyprawowy do takiej podróży.

Z braku wykonczenia naszej HZJ80 ruszamy samochodem który na poważniejszy offroad (czyt. północne drogi Rosji) sie nie nadaje a to przekreśla możliwość wyjazdu na Syberię. No i co tu począć – skoro nie Rosja to ….

Islandia

O wyprawie na islandie marzyłem już od 1998 roku gdy ogladałem pierwszy raz album „Ostatnie dzikie miejsca Europy”. Wtedy też zapragnąłem stanąć na lądzie ognia i lodu,  zacząłem robić wstępne rozeznania – nawet udało mi się zdobyć nieosiągalną  normlnie w księgarni mapę wyspy.  I tak minęło 13 lat aż pojawiło się swiatełko, marzenie można ziścić. Najciężej w tym przypadku było przekonać Justynę ale w końcu udało się – jedziemy!

Skład ekipy jest wakacyjnie standardowy – ja (kierowca), Justyna (umysłowy czyli pilot) no i Paweł z Kubą (szaleństwa, śpiewy i swawole).  Ostatnie odliczania już rozpoczęte, 2 sierpnia o poranku wjeżdżamy na prom w Danii i tak rozpoczyna  się trzytygodniowa przygoda z gejzerami, wulkanami, lodem i miejmy nadzieje maskonurami.

Na zdjęciu ekipa w pełnym składzie.

Zające w drodze - koło podbiegunowe

Po wyjeździe do Tajlandii/Kabodży gdy to pierwszy raz relacjonowaliśmy wyjazd na blogu okazało się, że jest spore zainteresowanie ze strony znajomych, dlatego i tym razem postaramy sie zamieszczać informację z naszej podróży – na ile oczywiście  pozwoli czas i technika :)

Stromboli zdobyte!

Stan licznika: 76365

Prolog

Gdy w styczniu pierwszy raz zwiedzając Sycylię nie udało się nam wypłynąć na Stromboli czułem lekki niedosyt. Wiedziałem, że szybko tu nie wrócę bo Ci co mnie znają wiedzą, że nie gustuję w krajach południowych. Nie sądziłem wtedy jak bardzo się mylę. Rok 2010 okazał się rokiem „w cieniu mafijnej wyspy”- na jej lądzie stanąłem trzy razy – bo jak mówi stare polskie przysłowie „do trzech razy sztuka”.

Ale od początku. Wszystko zaczęło się od spotkania z Beatą i zanęcenia idei wyjazdu na Stromboli. Gdy ją wtedy namawialiśmy nie sądziliśmy, że padło na tak podatny grunt. Beta namówiła Benka i takim też składem postanowiliśmy wyruszyć zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Cel Stromboli – a dokładnie jego wspaniałe widowisko.

Wszystko ugadane trzeba ustalić jeszcze plan z naszymi pociechami. Nie chcąc uchodzić za tyranów daliśmy im wybór: jadą z nami, oni do babci my na wyjazd, oni do babci my do pracy. Ku naszej uciesze pierwszą odpowiedzią było „my do babci wy na wulkan”. ale już po jakimś czasie (ok 10 min) gdy przedumali sprawę stwierdzili, że oni do babci a my do pracy :-)

Ruszamy

Święta Bożego Narodzenia minęły szybko i nadszedł dzień wyjazdu. Ty razem startujemy z podkarpacia, przez Słowację, Austrię i Włochy. Droga chociaż długawa minęła dość szybko i bez konfliktowo – jak to już mamy w zwyczaju wieczorem dojechaliśmy do Villa San Giovanni gdzie zakupiliśmy bilety na prom do Messine, z Messine ruszyliśmy od Milazzo zatrzymując się po drodze w celu zakupu lokalnego winka i paru browarków.

Milazzo.

Zjeżdżamy do Milazzo – czuję się tu już prawie jak tubylec. W tym roku w tatrach nie byłem tyle razy co w tym mieście. Udajemy się od razu do miejsca gdzie zawsze zostawiamy samochód i co ciekawe miejsce znów puste – albo jakieś lewe albo wszyscy się tu boją zatrzymywać.

Plan jest taki: kupujemy bilety na jutro rano i szukamy jakiegoś campu gdzie można by przed namiotem oddać się przyjemności spożycia złocistego napoju przy okazji miłych rozmów. Jak to zwykle w życiu bywa plan to sobie można … planować a realia i tak nie muszą się z nim pokrywać.Biletów niestety nie udało się nam kupić ale w informacji linii promowej dowiadujemy się, że prom faktycznie jutro wypłynie i o poranku na spokojnie bilety możemy kupić. Miła pani nie potrafiła nam tylko wytłumaczyć jak dojechać do campingu ale wskazała kiosk z mapami.

Obadaliśmy mapy i ruszamy na poszukiwania campingów które wg. mapy powinny znajdować się na samym końcu cypelka na którym leży Milazzo. Po długiej jeździe udało się znaleźć camping jednak zamknięty. Jakoś tak wszyscy chyba postanowili zabalować przed sylwestrem zamiast przyjmować wspaniałych turystów z Europy centralnej.

„Trochę lipa” pomyśleliśmy, ale nie zrażając się zaczęliśmy poszukiwania jakiegokolwiek noclegu. Nasz patent na spanie w samochodzie sprawdza się idealnie gdy ruszamy z dziećmi ale czwórka ludzi w kwiecie wieku to już ciężko upchnąć w takim pojeździe. Po długich poszukiwaniach trafiliśmy do przemiłego pana który to w ramach B&B miał kwaterki „na górce”.

Ruszyłem z Benkiem negocjować ceny. Przemiły pan po krótkiej rozmowie zaczął się nam dziwnie przyglądać i dopytywać czy oby z nami są jakieś kobiety, ale gdy już się dowiedział, że są bezproblemowo zaoferował nam lokum. Wieczór minął szybko przy winku, piwku i pogaduszkach. Ustaliliśmy też wstępny plan działania, który i tak rano został zmieniony i zweryfikowany.

Promem na Stromboli

Prom wypływa rano, więc i my musieliśmy się zebrać skoro świt. Szybkie pakowanie, włoskie śniadanie, zakup biletów, pozostawienie samochodu w tradycyjnym miejscu (choć z lekką obawą) i płyniemy. Na promie okazuje się, że razem z nami płynie jeszcze szóstka polaków. Wodolot z Milazzo do Stromboli zatrzymuje się przy każdej wyspie liparyjskiej więc podróż się ciągnie (można było odespać). W końcu dopływamy. Stajemy na lądzie i po chwili czujemy się jak na przystanku PKSu w Zakopanym. Z każdej strony noclegowi naganiacze.

Stromboli

Plan jest taki: Ja z Justyną ruszamy na górę i tam śpimy. Beata z Benkiem poznają tubylców, szukają noclegu „jak ludzie” i zostają na rekonesans wyspy. Nie chcąc tracić czasu zostawiamy B&B (Beatę i Benka) w porcie a sami ruszamy na górę.

Trasa nasza wiedzie przez Sciara del Fuoco – zboczę po którym najczęściej spływa lawa do morza. Idziemy wąskimi uliczki którymi tubylcy śmigają zawrotną prędkością swoimi trójkołowymi pojazdami, aż wreszcie mijamy osadę i dalej nasza ścieżka biegnie w poprzek ponad dwumetrowej trzciny. Tutaj też pierwszy przystanek na porządne śniadanie połączone z obiadem oraz przepakowanie.
Ruszamy dalej, ścieżka to typowe serpentyny wiec kluczymy to w lewo to w prawo – obracamy się i widzimy, że jakieś dwie osoby idą również tą trasą – jak się później okazało byla to druga część naszej grupy czyli B&B. Po połączeniu sił ruszamy razem w stronę platformy widokowej.

Stromboli - uliczka wzdłuż wybrzeża

Sciara del Fuoco

Dotarliśmy do „pukntu widokowego” z którego można podziwiać aktywaność Stromboli. Tutaj też słyszymy pierwsze pomruki i chrząkniecia wulkanu.

Sciara del Fuoca - droga którą spływa lawa

Widoki może mało atrakcyjne ale dają już pewną namiastkę tego co będzie można zobaczyć na górze. Po wspólnym pamiątkowym zdjęciu rozstajemy się i ruszamy w górę. Droga najpierw wiedzie  przez gąszcze traw i zarośli, z czasem im wyżej tym wiecej piasku wulkanicznego skutecznie utrudniającego marsz. Kluczmy na to na lewo, to na prawo aż w końcu udaje nam się dotrzeć na samą górę. Na górę dotarliśmy od wschodniej strony krateru.

Na szczycie.

Wulkan dymi tak że nic nie widać. Na szczycie poza nami jest jakas grupa w północnych schronach (takie betonowe przystanki autobusowe) oraz dochodzi ekipa francuzów goniąc nas naszą trasą. Szybki posiłek i ruszamy wyżej by obejrzeć te wstapaniłe widoki znane nam z relacji innych. Wyżej jest już tylko piękniej. Okazuje się, że krater widziany od strony Sciara del Fuoco to taki co lubi sobie podymić a za nim jest jeszcze jeden co wali bez ogródek :)
Podchodzę bliżej i przymierzam się do zdjęcia aż tu nagle jak nie dupnie … nogi to mi się zrobiły jak z galarety – wziął mnie z zaskoczenia. Na kolejne wybuchy byłem już przygotowany ale ten pierwszy to mnie równo z nóg zwalił. Po serii fotograficznej i obejrzeniu jeszcze paru spektakularnych erupcji postanawiamy zejść w stronę północnych schronów i poszukać miejsca do spania.

stromboli-w-akcji

Od strony północnej uraczyliśmy się kolacją z snickersa i wody, obejrzeliśmy jeszcze parę ładnych wystrzałów i poszliśmy spać. Co ciekawe wulkan poszedł spać razem z nami i tylko od czasu do czasu sobie „chrapnął” jak chłop po żniwach. Niestety nie byłem do końca zadowolony  zdjęć bo co ustawiłem aparat na długą ekspozycję to wulkan sie uspokajał. Jak tylko migawka się zamknęła i aparat przetwarzał dane to wulkan dawał do wiwatu. Wot taki buntownik co to się fotografować nie lubi.
Noc minęła całkiem przyjemnie pomimo spania na kamieniach. Wstaliśmy o 7mej i ruszyliśmy w dół.

Na dole znów połączyliśmy siły i ruszyliśmy na plażę by usiąść przy wspólnym obiedzie, przy okazji wysłuchaliśmy kilku ciekawych historii jakie B&B wyciągnęli od tubylców. Po obiedzie spacer po plaży a później już tylko wodolot i … postanowiliśmy zawadzić jeszcze o Vulcano by skorzystać z siarkowych kąpieli.

Epilog

Po wymoczeniu się w siarce i powdychaniu śmierdzących oparów wróciliśmy na Sycylię. Na koniec zabraliśmy B&B na Etnę by pokazać im największy okoliczny wulkan a wieczorem spotkanie przy winkach i piwkach. Zbliża się sylwester a my musimy wracać do Polski. Noc w którą cały świat baluje spędziliśmy w samochodzie a północ zastała nas na stacji benzynowej w okolicy Neapolu. Polska przywitała nas śnieżycą, a nieodśnieżone drogi podkarpacia mocno poplić na ostatnich kilometrach

A dla zainteresowanych zapraszam do obejrzenia galerii z wyjazdu:

Nawet Carabinieri maja malowaną wizytówkę
Nawet Carabinieri maja malowaną wizytówkę

Stan licznika: 81749

Sylwestrowe wspomnienia

Powoli kończy się rok 2010 a razem z nim czas zamknąć rozdział rozbijania się po świecie (w tym roku oczywiście), skompletować zdjęcia i przekazać tym którzy jeszcze ich nie widzieli. Podsumowanie rozpoczynamy  wydarzeniami które rozpoczęły rok 2010. W dzisiejszym odcinku:

Sylwester w cieniu Etny.

Rok temu przeglądając książkę „Ostatnie dzikie miejsca w Europie” zatrzymałem się na rozdziale gdzie pokazana była Etna. To tylko 2000 km pomyślałem, dlaczego by nie wyskoczyć przy najbliższej okazji.

Zacząłem działać opowiadając Justynie o walorach wejścia na wulkany. Justyna za bardzo nie oponowała i tak też zapadła decyzja – ruszamy po świętach Bożego Narodzenia.

Przy okazji wejścia na Etnę postanowiliśmy zwiedzić Sycylię na tyle na ile pozwolił nam na to czas (nie sądziliśmy, że jeszcze tego samego roku staniemy po raz kolejny na tej wyspie – patrz: poprzedni wpis).
Plan wyjazdu był jak zwykle mocno rozmyty, wiedzieliśmy tylko że chcemy wejść na wulkan a co wyjdzie to pokaże czas. Finalnie zwiedziliśmy jeszcze Syracuzy, Agrigento, Vulcano, podjedliśmy pomarańczy prosto z drzewa i pochlapaliśmy się w wulkanicznych błotach.

Dla wszystkich którzy sa zainteresowani okresem przełomu roku na Sycyli polecam poniższą galerię wyjazdową

Etna

2:0 dla Stromboli

Stan licznika przed wyjazdem: 68387.

Jak to mawiała moja babcia: „jak nie urok to sraczka”. Drugie podejście do Stromboli zakończone fiaskiem. Tym razem ulewne deszcze na Sycylii uniemożliwiły przedostanie się na wulkan. Cytując PAP: „Poważna sytuacja panuje także w Kalabrii na południu Włoch. W Vallomeno 4-osobowa rodzina uratowała się wchodząc na dach zalewanego przez strumień domu. W Mesynie na Sycylii zalane są drogi i autostrada prowadząca do Palermo.

Tak by to wyglądało w wielkim skrócie, a jak było naprawdę. Droga na południe była deszczowa, dopiero w okolicach Neapolu pojawiło się słońce, a razem z nim nasze morale wzrosły. Dobrze, że pogoda poprawiła się właśnie w tych okolicach, gdyż nauczeni doświadczeniem poprzedniego wyjazdu wiedzieliśmy że za Neapolem jest już tylko gorzej :) – tzn autostrada się kończy a zaczynają się roboty drogowe.

Zapchani typowo włoską pizzą i upojeni rewelacyjnym espresso ruszamy w stronie Villa San Giovanni skąd mamy zamiar popłynąć na Sycylię. Droga pomimo wykonywanych na niej robotach przebiega dość spokojnie jednak znów zaczynają nadciągać czarne chmury. Udaje się, wieczorem, coś w okolicach 19 kupujemy bilet na prom do Messine – a to oznacza już tylko, że dzisiaj staniemy / wjedziemy na ląd Sycylii.

Stoimy w kolejce do promu, zjeżdżające samochody są podejrzanie mokre, jednak tłumaczymy to sobie chlapiącą wodą i innymi anomaliami podczas przeprawy promowej. W końcu po 30min oczekiwania wjeżdżamy na prom. Obok nas parkuje autobus, a przez otwarte okno słyszymy ostrzeżenie żeby pozamykać wszystkie drzwi i okna bo może chlapać.

Płyniemy, ostatni raz taki sztorm przeżyłem płynąc z Lofotów w Norwegii. Gdy pierwsza fala wlała się na pokład, a zarazem do naszego samochodu (przez uchylone okna) stwierdziliśmy, że to właśnie takie fale musiały być powodem przez który wszystkie wyjeżdżające samochody były mokre.

Zjeżdżamy w Messine. Nasze „tłumaczenie mokrości” zostaje bardzo szybko skorygowane lokalną ulewą. Nie zbaczając na niesprzyjające warunki i nauczeni doświadczeniem jazdy po Sycylii ruszamy z impetem w stronę autostrady która doprowadzi nas do Milazzo skąd wypłyniemy na Stromboli.

Droga do Milazzo była drogą przez mękę. Nie dość, że ciemno to lało, że świata widać nie było, ale się udało zjechaliśmy do portu i o dziwo zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie parkowaliśmy poprzednio. Tu spędzimy noc.

Przez całą noc deszcz nie przestawał padać, a jedynie grzmoty burzy przerywały ciągłe uderzanie kropel deszczu o samochód. Poranek wita nas ulewą. Nie da się nawet wyjść i zagotować wody na herbatkę. Zjadamy śniadanie i sprawdzamy pogodę. Okazuje się, że taki stan ma się tu utrzymać przez najbliższy tydzień.

Po śniadaniu zapada decyzja o powrocie. Szybkie przepakowanie i wyjeżdżamy z naszej „zatoczki”. Okazuje się, że jazda drogą to przeprawa jak przez strumyk. Woda na ulicy wysokości 10cm, co lepsze za rogiem widzimy samochody zalane „w pół”.

Wyjazd z miasta utrudniają tubylcy jeżdżący „pod prąd” uliczkami jednokierunkowymi, ale każdy ratuje się jak może. W końcu udało się nam wydostać i ruszamy na autostradę.

Sycylia - na drodze deszczowo

Autostrada okazała się być zalana oraz przywalona drzewami i błotem. Jazda ograniczała się co najwyżej do 60km/h – nie ma to jak słoneczna Sycylia :)

Sycylia - ruch na autostradzie lekko utrudniony

Tak wyglądała jazda autostradą:

W końcu udało się. Dojechaliśmy do Messine i wjechaliśmy na prom. Tutaj znów buja a radosny Włoch który zaparkował koło nas nie zaciągnął ręcznego i jego samochód jeździł sobie swobodnie po promie (jak w piosence „na lewo na prawo, w górę i w dół”) obijając sąsiadujące samochody. Na szczęście nas jakoś ominął.

Powrót. Wulkan znów z nami wygrał jednak była to tylko kolejna bitwa. Wojnę mam nadzieję wygramy my. Z lekkim rozczarowaniem kierujemy się w stronę powrotną. Przy okazji zajeżdżamy zobaczyć Pompeje i Wezuwiusz, których nie udało się odwiedzić podczas poprzedniej wizyty w tym rejonie.

Dla zainteresowanych załączam parę zdjęć z tegoż wyjazdu:

Stan licznika po powrocie: 73026.