Wreszcie na Krymie

Po wielu bojach przez ukraińskie drogi udało się nam dotrzeć na Krym. Wczorajszy dzień był „nauką” jazdy po Ukainie i został nagrodzony dwoma mandatami. Na szczęście w przypadku drugiego już wiedziałem co i jak i szybko doszliśmy do porozumienia obu stron. Ogólnie kraj jest mocno policyjny i nasza drogówka to przy tym pikuś. Jednak po dwóch mandatach już wiemy na co uważać a w przeciwieństwie do naszej policji tutaj nie zatrzymuje się głównie za prędkość. Im bliżej Krym tym drogi lepsze.

W kwestii pogodowej to trzeba przyznać, że pogoda dopisuje. Jest co prawda ciutek za gorąco (chociaż chyba tylko nam). Noce pięknie rozgwieżdżone a podczas noclegów słychać wspaniałe koncerty rechoczących żab. O miejsce na nocleg póki co nie jest ciężko. Drogi gruntowe prowadzą w odludne miejsca gdzie spokojnie można rozbić namiot i wypić piwko przy kiełbasce i ognisku.

Nocleg na Krymie
Nocleg w drodze na Krym – wieczorem poza pięknym gwieździstym niebem roznosił się piękny zapach ziół

Dzisiaj dokonaliśmy pierwszego wodowania w morzu. Trzeba przyznać, że miejscowi  spacerujący w kurtkach trochę dziwnie na nas patrzyli ;-) jutro bierzemy się za zwiedzanie pełną parą.

Dojechaliśmy na Krym
Wreszcie dojechaliśmy na miejsce
Szukamy noclegu
Czas poszukać noclegu – słońce już powoli zaczyna chylić się ku zachodowi
Wieczór był by stracony bez ogniska i kiełbasek
Wieczór był by stracony bez ogniska i kiełbasek

Majówka na wschodzie

Na Krym

Jak 90% Polaków tak i my wyruszyliśmy na tzw majówkę. W sobotę zabawiliśmy jeszcze na święcie szkoły by w niedzielę o poranku ruszyć na podbój Ukrainy a dokładnie jej specyficznego miejsca jakim jest Krym. Wyjazd jak zwykle zapięty na ostatni guzik tak więc nic nie jest przygotowane – wrzucamy co się dało do auta i ruszamy w kierunku wschodniej granicy.
Pierwsze podejście zakładało przekroczenie granicy w Krościenku – granica mała, bardziej kameralna. Ostatecznie wylądowaliśmy w Medyce. O dziwo po 30 minutach byliśmy już po stronie Ukraińskiej.
Jedziemy w kierunku Lwowa. Szosa pokrywa nowiutki asfalt, pachnie jeszcze Euro 2012 – widać, że się postarali na mistrzostwa. Po drodze zastanawiam się wciąż nad tymi wszystkimi krytycznymi głosami nt ukraińskich dróg a tu taka miła niespodzianka. Jedyne zagrożenie na drodze to lokalni kierowcy którzy nie uznają żadnych zakazów. Robią to wszystko jednak bardzo skutecznie unikając kontaktu z lokalnymi stróżami prawa – ot taki sposób poruszania się po drodze – taka inna Sycylia :).
Mijamy Lwów i zjeżdżamy w kierunku Ternopila. No i się zaczęło. Prędkość jazdy w porywach osiągała 50km/h. Dziury takie, że ciężko asfalt dojrzeć a ich głębokość jest taka, że pól malucha mogła by się zmieścić. Jadę za tubylcami licząc, że może znają jakieś odpowiednie warianty jednak szybko sie orientuje że tu każdy radzi sobie sam ;-). Po kolejnych paru kilometrach nie było mi już nawet obca jazda pod prąd czyli lewym pasem. Na szczęście od czasu do czasu było też utwordzone pobocze które to asfaltu nie widziało i tak też można było największą prędkość rozwinąć. Nigdy nie sądziłem, że na drodze projektowanej na dwa pojazdy może bezproblemowo poruzać się z pięć obok siebie klucząc między dziurami.
Wisienką na torcie była miejscowość Ternopile gdzie w drodze brakuje ponad 60% asfaltu a o pasach na jezdni nie ma co myśleć. Każdy jedzie jak chce byle do przodu.
I my również szybką 40ką przejechaliśmy miasto by w najbliższym lesie urządzić sobie upragniony nocleg.

BioLite – wreszcie w Krakowie. Pierwsze palenie.

Dzisiejszy wpis w postaci minitestu.

W ostatnim czasie drogą kupna nabyłem nowy palnik firmy BioLite. Palnik ten odróżnia się tym od pozostałych jakie posiadam dwiema funkcjami. Pierwsza różnica to paliwo jakiego używa się w palniku a mianowicie chrust a druga dość ciekawa funkcja to ładowarka elektryczna. Kuchenka po wielu różnych perturbacjach dotarł do mnie dnia dzisiejszego i też niezwłocznie postanowiłem przetestować wszystkie jego funkcje.

Pierwsze gotowanie
Pierwsze gotowanie

Teraz trochę z innej beczki. W dzisiejszych wyjazdach dalekich czy też bliskich towarzyszy nam tona sprzętu elektronicznego. Lata temu naśmiewaliśmy się z wycieczek Japończyków obwieszonych aparatami czy innymi gadżetami. A dzisiaj sami gdy wyjeżdżamy to zabieramy ze sobą aparaty, telefony, GPSa, e-booka i parę innych drobnych gadżetów. Wszystko fajnie gdy jedziemy samochodem albo „od hotelu do hotelu”. Problem pojawia się gdy wyruszamy na trekking bądź wyprawę gdzie od cywilizacji jesteśmy odcięci na długi okres czasu. Jednak dzisiaj człowiek bez prądu to  daleko nie pociągnie.

Z pomocą w takich przypadkach przychodzą nam różne ładowarki solarne. My oczywiście nie stroniąc od nowych technologii taką  posiadamy i trzeba by przyznać urządzenie bardzo fajne gdyby nie to, że w miejscach takich jak Spitsbergen baterie słoneczne nie sprawdzają się najlepiej. Może się to wydawać dość dziwne bo w końcu słońce świeci tam przez całą dobę jednak nie jest ono tak mocne by naładować w pełni akumulatory ładowarki. Myślę, że na pustyni wspomniana ładowarka sprawdziła by się wyśmienicie.

Co jednak robić gdy nie mamy słońca a prąd jest nam potrzebny ?

I tu z pomocą przychodzi nam właśnie firma BioLite która to produkuje kuchenki turystyczne razem z ładowarką. Ładowarka działa na podstawie ogniwa Peltiera i posiada jeden port USB. Port dostarcza napięcie 5V i prąd maksymalnie 4W. Dodatkowym plusem tego palnika jest rodzaj paliwa jaki jest używany do palenia a mianowicie chrust (czyli zwykłe suche patyki).

Pierwsze rozpalenie

By potestować palnik udałem się z dala od osiedli ludzkich czyli w tzw łąki ruczajowskie gdzie młodzież urządza sobie imprezy i pali ogniska. W tak bezpiecznym miejscu nazbierałem chrustu i zabrałem się za rozpalanie. Dla każdego kto ma chociaż odrobinę wprawy w rozpalaniu ogniska, rozpalenie w kuchence nie będzie sprawiać większego problemu. Dla ułatwienia w zestawie z kuchenką jest mały zestaw rozpałek. Ogień po chwili buchnął z kuchenki. Dołożyłem do pieca drewna i czekałem na jakąś reakcję ze strony ładowarki.

Żar bucha z kuchenki :)
Żar bucha z kuchenki :)

Przy okazji nastawiłem litr wody w menażce (co widać na pierwszym zdjęciu). Po rozgrzaniu ogniwa gdy prąd zaczął się generować załączyła się turbinka tworząc mały cyklon w kuchence. Wspomaga to palenie oraz układa płomień w bardzo ładnym kształcie. Po około minucie zaświeciła się zielona dioda sygnalizująca gotowość ładowarki. Podpiąłem kabel USB i załączyłem go do telefonu który to o dziwo od razu zaczął się ładować – no i tu pierwsza wtopa bo telefon był naładowany prawie na maksimum przez co nie udało mi się sprawdzić jak szybko uzupełnia się bateria. Na dodatek mój gotowany litr wody wrzał w niespełna cztery minuty. Co jest wynikiem dość zadowalającym. Okazało się, że ilość patyków jaką nazbierałem wystarczyło by na ugotowanie dwunastu dań na wigilię :) Dodatkowo wymuszona cyrkulacja wzmaga spalanie i z patyczków nie pozostaje nic poza drobnym popiołem.

Podsumowując:
Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Podstawowe funkcje działają – gotowanie odbywa się dość szybko i elektryczne urządzenia ładują się. Łatwość dostępnego materiału palnego jest niewątpliwie bardzo dużym pluse. Nie sprawdzi się co prawda w wyprawie na biegun północny ale w większości przypadków jest idealną kuchenką turystyczną.
Z minusów (żeby nie było, że w samych superlatywach) działająca turbinka trochę szumi co niestety psuje klimat ogniska (nie jest to jakoś strasznie głośne – kuchenka gazowa chyba zachowuje się głośniej).

Myślę, że z zakupu najbardziej będą ucieszone nasze dzieci gdy będą miały wreszcie możliwość doładowania swojej konsoli :)

Wieczorne Svalbardzkie granie
Wieczorne Svalbardzkie granie

Ogólnie polecam, niestety jest problem z dostępnością tej kuchenki w Europie.

Svalbard – praktycznie

Svalbard to archipelag wysp, a jedną z nich (najbardziej znaną) jest Spitsbergen  W ostatnim czasie na przeróżnych serwisach z tzw super ofertami pojawiło się ogłoszenie o „tanim locie na Spitsbergen”. Od tej pory otrzymuję wiele maili z pytaniami jak wygląda sprawa podróżowania po Svalbardzie. Większości odpisuję to samo więc postanowiłem utworzyć taki wpis. Będzie na przyszłość dla mnie jak i dla tych którzy będą się tam wybierać w okresie letnim. Dla wszystkich, którzy planują tanimi liniami dostać się do Norwegii: przekalkulujcie koszty bagażu, bo na Svalbard trochę gratów trzeba ze sobą zabrać. 

Podróżowanie po Spitsbergenie

Archipelag Svalbard leży daleko za kołem podbiegunowym. Panuje tam wieczna zmarzlina. Tundra w okresie letnim zmienia się w bagna i płynące rzeki. Jeżeli planujemy podróż wgłąb lądu nie liczmy na to, że spotkamy tam ścieżki czy drogi a co za tym idzie nie ma szans na podróżowanie po wyspie za pomocą samochodów / camperów czy rowerów. Nie ma co liczyć również na żadne szlaki czy oznaczenia kierunków. Tam trzeba się po prostu orientować w terenie. Dla kogoś kto nie jest na bakier z mapą, kompasem czy GPSem orientacja oczywiście nie będzie sprawiała najmniejszych problemów. Na trekking trzeba zabrać ze sobą koniecznie dobre gumowce chyba, że komuś nie przeszkadza chodzenie po lodowatej wodzie bez butów. Gumowce jednak ułatwią poruszanie się po bagnistych dolinach, a na pewno skrócą czas przepraw.

Przeprawa przez tundrę

Archipelag podzielony jest na strefy. Podróżowanie po większości stref wymaga pozwolenia od gubernatora (firmapost@sysselmannen.no), jeżeli gubernator stwierdzi, że brak nam przygotowania może nie wydać pozwolenia. Opuszczanie siedlisk ludzkich wymaga odpowiedniego sprzętu i przygotowania. Trzeba pamiętać, że wybieramy się w dzikie miejsce, a nie na treking w Tajlandii. Poważnie trzeba też podejść do sprawy wyposażenia w sprzęt do obrony przed niedźwiedziami. Wymóg wynajęcia broni nie jest tylko chęcią naciągnięcia turystów na koszty, jak na busa w Zakopanym do Kuźnic a dbałością o bezpieczeństwo turystów.
Polecam wszystkim wybierającym się by na początek przestudiowali informacje na stronie Sysselmana: http://www.sysselmannen.no/en/Visitors/Planning-a-trip/, Mapy jak i przewodniki można dostać w  informacji turystycznej / muzeum  (w samym centrum Longyearbyean). Mapa miasta jest dostępna również na lotnisku.

Mapa Longyearbyean

Broń

W sprawie wypożyczenia broni konieczne jest posiadanie pozwolenia na broń. Jeżeli ktoś nie posiada takowego może wystąpić o tymczasowe pozwolenie na broń. Takie pozwolenie możemy otrzymać na podstawie zaświadczenia o niekaralności (oczywiście w języku angielskim). Można przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego i wysłać obie kopie pod w/w maila do gubernatora. My broń wypożyczaliśmy u I G Paulsena, ceny można znaleźć tutaj: http://www.spitsbergentravel.com/Start/Equipment/Weapon-rental/. Jeżeli ktoś nie miał do czynienia z taką bronią to w sklepie przeszkolą jak obchodzić się ze sprzętem. Polecam jednak zrobić sobie małe szkolenie jeszcze w Polsce.

Ładowanie broni

Lotnisko

Może się to wydawać dziwne, ale lotnisko to nie jest w całości takim lotniskiem do jakiego przywykliśmy na kontynencie. Ludzie północy są konkretni i nie tracą zbytecznie czasu. Tak też lotnisko Longyearbyen jest zamykane po odprawieniu pasażerów. Nie ma co liczyć na nocleg na podłodze (tak jak to uczyniliśmy właśnie my). Po przylocie można zabrać się autobusem do miasta lub rozbić na campingu na przeciwko wyjścia z terminala.

Camping

Pierwszy nocleg większość turystów odbywa na w/w campingu. Trafić do niego bardzo łatwo po wyjściu z terminala przechodzimy przez parking i kierujemy się w stronę fiordu. Po chwili będzie strome zejście na końcu którego zobaczymy parę namiotów i domek. Camping prowadzą bardzo miłe osoby, które wprowadzą nas w arkana kwaterunku jak i poinformują o tym co słychać w okolicy i jaka jest planowana pogoda. Przed domkiem znajduje się pojemnik z gazami, które pozostawili Ci którzy wyspę opuszczali. Dzięki temu możemy rano ugotować sobie jakiś posiłek. Gaz bez problemu zakupimy w mieście.

Północ na campingu

Temperatura i słońce o północy

W okresie letnim trzeba się liczyć z tym, że jesteśmy na dalekiej północy. Temperatury raczej nie nadają się do wygrzewania kości. W sierpniu temperatura oscyluje w okolicach zera (w dzień) w nocy spada trochę poniżej. Oczywiście zdarzają się silne wiatry i opady śniegu. Trzeba być wyposażonym w dobry namiot który przetrzyma wichurę. A w kwestii nocy. W okresie letnim panuje tam coś co jest zwane „midnight sun”. Oznacza to, że słońca nawet nie chyli się ku zachodowi. Jeżeli ktoś posiada typowy pomarańczowy namiot to niech zabierze ze sobą coś do zasłonięcia oczu bo zasnąć jest naprawdę ciężko.

Svalbard - biwak - sierpień

Zasięg GSM i dostęp do internetu

W obszarze Longyearbyen jest pełny zasięg GSM-u, jeżeli planujemy podróż w stronę doliny Adventdalen również możemy liczyć na zasięg telefonii. Zasięg GSM dostępny jest również w Barentsburgu i okolicach. Nie ma jednak co liczyć na takie udogodnienie w Piramiden. Każdy inny kierunek nie ma pokrycia GSM, dla przykładu dolina za lodowcem Longyearbreen jest już całkowicie głucha. Dla własnego bezpieczeństwa lepie zaopatrzyć się w telefon satelitarny. Jeżeli potrzebujemy skorzystać z internetu – darmowe wifi znajduje się obok biblioteki. Popołudniami jest to też miejsce spotkań tubylców uzależnionych od sieci :-)

Telefon - port Barentsburg

 

Parę linków na koniec:

Strona gubernatora: http://www.sysselmannen.no/en/
Camping: http://www.longyearbyen-camping.com/
Lokalna gazeta: http://svalbardposten.no/
Mapa Svalbardu online: http://toposvalbard.npolar.no/?lang=en
Mapa Longyearbyean: http://www.svalbard-images.com/images/longyearbyen.pdf
Pogoda: http://www.unis.no/20_RESEARCH/2060_Online_Env_Data/weatherstations.htm
I G Paulsen: http://www.spitsbergentravel.no/Start/Utstyr/
Kamera 360 na UNIS-ie: http://longyearbyen.livecam360.com/flash/main.php

 

Smutna prawda o Beskidzie Żywieckim

Ostatni weekend rozpieszczał nas piękną zimową aurą. Grzechem było siedzenie w domu przy tak wspaniałej pogodzie. Korzystając z ostatnich chwil pięknej zimy postanowiliśmy odwiedzić Rysiankę. Wybraliśmy trasę ze Złatnej czarnym szlakiem. Ludzi oczywiście mrowie – ale co się dziwić każdy chce skorzystać.

Wreszcie cisza i spokój, można delektować się powietrzem trochę bardziej przejrzystym niż krakowski smog :) Sielanka jednak nie trwa długo. Co chwilę mijała nas jakaś grupa na skuterach śnieżnych  Po pierwszych dwóch pomyślałem, że może ktoś dowozi coś do schroniska na Lipowską lub Rysiankę. Ale szybko zostałem wyprowadzony z błędu. Co chwilę mijała nas grupa „zimowych offroadowców”.

W drodze na Rysiankę
W drodze na Rysiankę
Widok z Rysianki
Widok z Rysianki

Ostatni raz gdy byłem na Rysiance (a było to jesienią, trasą z Boraczej) na szlaku trzeba było ciągle uważać na zmechanizowanych – a to lokalsi patrolem tłukli się z góry a to jakieś hordy quadowych kierowców rozjeżdżały szlak. Załamany „mechanicznym” tłokiem liczyłem, że może chociaż w zimie będzie można spokojnie chodzić pieszym szlakiem nie uważając na pojazdy jak na krakowskich alejach.

Prawda niestety jest smutna – szlaki górskie rozjeżdżane są przez quady i skutery śnieżne i wiem, że przytoczona Rysianka to nie cały Beskid Żywiecki a jedynie jego małutki fragment, nie mniej jednak w moim osobistym odczuciu to miejsce straciło swój urok, bo jakaż jest przyjemność spaceru po lesie i nasłuchiwania ptaków gdy w oddali słychać dźwięk zbliżającego się pojazdu. Co poniektórych może dziwić moje narzekanie wszak sam jeżdżę tam gdzie dróg nie ma jednak zawsze staram się uszanować tą „drugą stronę”. I tak jak wspinacze dochodzący do ściany starają się nie brodzić po łanie zboża szczęśliwego rolnika posiadającego pole przy skale tak też normalni kierowcy offroadowi powinni uszanować piesze szlaki turystyczne, bo jak tak dalej pójdzie to w niedalekiej przyszłości po całodniowym marszu gdy dotrzemy do schroniska zastaniemy tam tabun samochodów i setki ludzi którzy przyjechali pogrilować sobie kaszankę na łonie natury.

A wracając do naszego wyjścia to przynajmniej powrót był szybki i przyjemny …

Szybki zjazd

Pogoń za zorzą polarną

Od początku roku planujemy wyjazd na północ w celu „złowienia” zorzy polarnej. Zorzę najlepiej obserwować w okresie nowiu księżyca tak też nasze wyjazdy planowane były na ten okres. Styczeń odpadł bo nie udało się wziąć urlopu w lutym chłopaki pojechali na obóz i tak nastał marzec …

Wstępnie zorzę odpuściliśmy już tej zimy jednak nasze niespokojnie dusze targane długim siedzeniem w domu nie wytrzymały napięcia. Postanowiliśmy ruszyć na tzw ostatni gwizdek czyli „za tydzień”. Wyjazd miał być spontaniczny i szybki bo tylko na tydzień. Rozpoczęliśmy przygotowania. Od początku szło pod górkę – a to promu nie było, a to był tylko miejsca na samochód brakowało. W końcu udało się wyjechać. Nasza wyprawówka upakowana we wszystko co do przetrwania potrzebne podczas srogiej skandynawskiej zimy: łańcuchy, łopaty, alkohol wysokoprocentowy, jabłuszka do zjeżdżania :)

Żądni  przygody wyruszamy o świcie z wiosennego Krakowa. Za Łodzią rozpoczyna się zima, w radiu całą drogę straszą że warunki na drogach do bani ale kilometry uciekają z łatwością, brakowało tylko klasycznej muzyki kierowców. W okolicach południa jesteśmy już przed Gdańskiem. I tu zaczynają się pierwsze kłopoty. Nasz pojazd zaczyna wydawać podejrzane dźwięki. Po dojechaniu do Gdańska i wstępnych oględzinach rezygnujemy z przeprawy za Bałtyk i postanawiamy zawrócić. Wszelaka pomoc mechaniczna w Skandynawii nie należy do najtańszych a możliwa awaria nie będzie należała do tych co to można ją załatwić „na poboczu”.

Została sprawa promu. Po krótkim starciu z Panią pracującą na rzecz przewoźnika udaje się przebukować bilet na bliżej nieokreśloną przyszłość ;-)  Na szczęście owa Pani nie miała nastawienia bojowego. No cóż tej zimy jednak musimy odpuścić zorzę. Na szczęście późną jesienią znów zacznie być widoczna a my będziemy na nią czekać przyczajeni z przygotowanym biletem :-)

Pozostaje nam już tylko powspominać piękne skandynawskie landszafty jak ten fiński zachód słońca i czekać na powrót zimy

 

Zachód słońca widziany z namiotu. Gdzieś w okolicach koła podbiegunowego gdzie żądzą meszki i komary
Zachód słońca widziany z namiotu. Gdzieś w okolicach koła podbiegunowego gdzie żądzą meszki i komary

Jesień w Pieninach

Jesień a Pieniny

Dzisiaj deszczowa niedziela a jeszcze wczoraj piękna jesienna pogoda nie pozwalała na siedzenie w domu. Korzystając z tej uroczej aury wybraliśmy się na krótki spacer w Pieniny by poszukać prawdziwej kolorowej jesieni. Ruszamy więc z Sromowiec Niżnych przez wąwóz Sobczański na Trzy Korony a później przez Ostry wierch w dół zielonym. Spacer faktycznie owocował pięknymi widokami i jedynie tradycyjna kolejka na taras widokowy Okrąglicy mogła trochę popsuć atmosferę jesiennej sielanki.

 

 

Midnight sun

To juz ostatnia relacja z Svabardu. Siedzimy na lotnisku i czekamy na nasz samolot. Myśli o nadchodzących codziennych sprawach wracają coraz częściej (chociażby takie czy nasz samochód nadal stoji w Tromso w krzakach gdzie przuciliśmy go na dwa tygodnie). Jeszcze pare chwil i nie bedzie już misiow, reniferów czy kamyków w herbacie (chociaż te można sobie i w domu przygotować). Teraz to już tylko codzienne obowiązki. Dzisiaj o północy gdy spacerowalismy sobie w kierunku lotniska słońce zeszło już tak nisko ze niebo zapłonęło czerwienią. Piekne pożegnanie.

A na lotnisku – wychodzę przed terminal i słyszę polską mowę tak więc zagadałem i okazało sie ze to Polska ekipa wraca do domu (z ośmiu chłopa) i na dodatek za chwile ma dojechać jeszcze dwunastu. Dzisiejszym językiem obiwiazującym na lotnisku w Longyearbyen jest Polski :-)

I na koniec wschód czy zachód ?

Midnight sun - słońce o północy
… to po prostu północ :-)

Przygoda na koniec

Nie chcąc tracić czasu (w końcu pozostało nam parę dni) wydumaliśmy jeszcze jedną przechadzkę. Opuszczamy więc ponownie Longyearbyean i kierujemy się w stronę lodowca longyearbreen. Morena tego lodowca to istny raj dla amatorów geologii. Kamyki na morenie to istny żywy album różnych kamieni z odbitymi skamieniałymi liśćmi. Naprawdę jest tu tego masę, zaczęliśmy zbierać ale co jeden to ładniejszy od poprzedniego (a przy okazji większy). Przed lodowcem stoji skrzynka. Wygląda jak skrzynka pocztowa i z daleka wygląda dość komicznie. W środku skrzynki znajdujemy księgę gości i notatki na temat posuwania lodowca. I tutaj widać, że nasz kłimat się raczej ociepla bo lodowiec się kurczy. Pozostawiamy po sobie znak (coś mało popularne miejsce wśród Polaków) i ruszamy przez lodowiec w górę. Planujemy dojść do dolny Endalen i nią wrócić do miasta. Wszystko szło po naszej myśli, tempo też było niezle a humory dopisywały. Mielismy Trollstein i zaczął pruszyć śnieg. Wieczorem przy kolacji ładnie nam padało i atmosfera była jak przy pierwszym zimowym śniegu. I tak całą noc. Rano silny wiatr wywiał większość śniegu a my ruszyliśmy w stronę doliny. Po ok 3km zaczął padać strasznie ostry zmarznięty śnieg a wiatr mieliśmy prosto w twarz. Po przejściu jeszcze jednego kilometra postanawiamy rozbić obóz bo iść sie dalej nie daje. Morale troche spadło. W nocy rozpętała sie niezła wichura i nasze namioty przeszły całkiem niezły testy odporniściowy. Na szczęście pomyślnie i obyło się bez ewakuacji. Wiatr nie pozwalał za bardzo na spokojny sen rzucając namiotem w lewo i prawo. Jedynie Kuba smacznie sobie spał. Liczyliśmy, że ranek przyniesie poprawę. Do południa brak poprawy, tzn śnieg już nie padał ale wiało tak, że gdy wyszedłem z namiotu to rzucało mną jak po flaszce słowackiej śliwowicy.
Czym prędzej spakowaliśmy nasz skromny dobytek i zarządziliśmy powrót. Mamy co prawda jeszcze trochę czasu jednak w sobotę do godziny 14 musimy oddać broń. Wizja przejścia w dniu dzisiejszym dystansu z dwóch poprzednich dni nikogo nie nastraja optymizmem. Jednak po drodze okazało się, że jakieś siły we wszystkich wstąpiły i tak też dotarliśmy pod miasto gdzie przy ognisku ze starego słupa elektrycznego, kisielu ananasowego wspominamy wyjazd na Svalbard. Bo właśnie teraz kończy się nasza przygoda. Jutro zdajemy broń i grzecznie czekamy do niedzieli na samolot.

Svalbard - biwak - sierpień

Lodowiec Longyearbreen

O poranku trochę sypnęło Dzień wcześniej jak wchodziliśmy to śniegu nie było

 

 

 

Powrót do Longyearbyen

Wróciliśm do Longyearbyen. Nie spodziewliśmy się, że droga powrotna minie tak szybko. Co prawda ostatnie pięć kilometrów podwiózł nas jakiś miły mieszkaniec L, człowiek który mieszka tu już 42 lata i twierdzi, że jeżeli komuś to miejsce się podoba i osiądzie na chwilę to pozostanie na całe życie. Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na szaleństwo w mieście czyli poszukiwanie pamiątek. Klimat miasteczka jest jak pomieszanie dzikiego zachodu, mistaeczka z przystanku alaska i krupówek. Na sklepach widnieją zakazy wstępu z bronią, zupełnie jak u nas z lodami :-). Miasteczko samo w sobie też jest ciekawe. Typowe dla Norwegii zostawianie różnych rzeczy na zewnątrz (które to u nas były by przykute grubym łańcuchem), małe domki bez zbytecznych tutaj tarasów, gniazdka elektryczne obok każdego miejsca parkingowego i oczywiście pół miasta zastawione skuterami śnieżnymi (których to jest kilka razy więcej niż samochodów).
Dumamy co by tu robić dalej bo czasu mamy za dużo by siedzieć w jedym miejscu ale za mało by wybrać się gdzieś dalej. Ostatni plan jest taki, że uzupełniamy zapasy, dokarmiamy pociechy i ruszamy w zachodnią stronę na spacer.

Ps. W tutejszej biblotece można skorzystać z wifi :-)

Na koniec parę widoczków