Świątynie, wioska na Tonle Sap i pożegnanie z Kambodżą

Nie relacjonowalismy przez dwa dni ale to nie znaczy, że się obijalismy.

Angkor ciąg dalszy.

Po wizycie w Angkor Wat i Thom wynajmujemy rowery i ruszamy w objazd po kolejnych świątyniach. Rower wydaje się być najlepszym transportem bo pojedzie wszędzie gdzie zechcemy i jest dość ekonomiczny (w Siem Reap to koszt $1-$1,5/dzień). Jak się pózniej okazało jest to super wybór. Dzisiejsze świątynia to już nie to samo co popularny Wat tutaj można znaleźć odrobinę ciszy i podelektowac się budowlami które przeżyły już parę wieków. Oczywiście nie wszędzie jest sielanka bo są też takie miejsca bardziej popularne gdzie zajeżdżają tuktukowi turyści i tam są lokalni handlarze „czego-się-tylko-da”. Od zimnych napoji przez przewodniki aż po jedwabne szale.

Wracając do świątyń to jedne się już sypią inne zaczyna powoli pochłaniać przyroda (te robią najlepsze wrażenie)

Angkor

Angkor

Angkor - drzewa pochłaniają budowle

Angkor - drzewa pochłaniają budowle

Angkor - pojedyncze świątynie
Przy okazji wycieczki krajoznawczo-turystycznej zbaczamy lekko z świątynnego szlaku i ruszamy w wioskę. Po drodze spotykamy sprzedawczynię arbuzów.

Przydrożny sprzedawca arbuzów
Tutaj też urządzamy sobie obiad i wsówamy dwa arbuzy niekoniecznie w równych proporcjach.

Arbuzowy obiad

Arbuzowy obiad
Po takim obiedze zbaczamy w polną drogę by wrócić na nasz szlak. Po drodze spotykamy szkołę której dzieci przywitały nas z wielkim entuzjazmem.

Kambodża - szkoła
Były bardzo sympatyczne, ale równie mocno przygłodzone więc oddaliśmy im naszą rację żywieniową.

Kambodża - szkoła
Trasę zakończyliśmy po zmroku, mój rower nie wytrzymał parcia 100kg ciała i zbuntował się przed samą metą.

Dzień nastepny – pływające wioski.

Obejrzawszy już możliwie dużo świątyń. Umawiamy się z naszym guesthousowym kierowca tuktuka na wyjazd do pływającej wioski. Wioska mieści się na jeziorze Tonle Sap, zamieszkuje ją około tysiąca rodzin- wg. Naszego kierowcy.

Tonle Sap - wioska na wodzie

Tonle Sap - atrakcje dla turystów

Tonle Sap - wioska na wodzie

Tonle Sap - dzieci tutaj pływają w miskach

Tonle Sap - wioska na wodzieJak widać można przeżyć bez gruntu pod nogami. Dzieci zasówaja w miskach a szkoła też pływa.

Zachód słońca na Phnom Bakheng.

Na koniec dnia by romantycznie pożegnać się z Kambodżą pojechaliśmy obejrzeć zachód słońca z szczytu świątyni. Cały romantyzm jednak prysł jak się okazało że takich jak my jest tam z setka osób a słońce zrobiło nam psikusa i w ostatniej chwili schowało się za chmurami.

Angkor - Zachód słońca - widownia

Angkor - zachód
Tak też pożegnaliśmy się z Kambodżą. Nazajutrz rano zwinął nas autobus do Bangkoku. Ale to kolejna długa historia …

Angkor Wat – pierwsze starcie

Angkor Wat

Dzisiejszy dzień był pod znakiem świątyń Angkor. W stronę Angkoru ruszyliśmy z buta. A trzeba przyznać że kawałek był do przejścia. Najpierw mieliśmy dojść tylko do kas biletowych i wsiąść tuktuka, jednak kierowca krzyknął sobie 5dolarów więc daliśmy sobie spokój i dalej ruszyliśmy spacerkiem pod sam Angkor Wat robiąc na rozgrzewkę 8km. Dochodząc do świątyń spodziewałem się bóg wie czego a tu się ukazała taka podpierdółka. Kolejny przykład na to, że reklamowane miejsca są najczęściej przebarwione. Zniesmaczony pierwszym widokiem pomarudziłem sobie z godzinkę.

Angkor Wat

Angkor Wat - wodne atrakcje
Wewnątrz było już lepiej. Ktoś kto to budował musiał się niezłe orobić z tymi wszystkimi rzeźbami. Po swiatyniach grasują kambodżańskie dzieci które to zaczepiają kogo się da i cieżko znaleźć chwilę żeby usiąść i porozmyslac.

Angkor Wat

Angkor Wat
Schody w tych świątyniach były projektowane na numer buta niemowlaka wiec wchodzenie a cogorsza schodzenie z nich to nie lada wyczyn. Udało się jednak wdrapać na górę.

Angkor Wat

Angkor Wat - widzianny z zewnątrzZ Angkor Wat ruszamy w stronę Angkor Thom wciąż „z buta”. Po drodze mijamy znaki nie spotykane w naszym kraju

Uwaga na słonie
Po drodze zbaczamy na lewo i zwiedzamy jakąś pomniejszą świątynie Phnom Bakheng Ta już zrobiła na mnie lepsze wrażenie i dopiero tutaj doceńilismy klimat tych świątyń w ciszy i samotności.
Wracamy znów Na turystyczny szlak i dochodzimy do mostu na którym ustawione są postacie bogów po jednej stronie i demonów po drugiej. Obie te grupy ciągną długiego węża. Jest to symbolika nawiązująca do buddyjskiego bicia morza mleka.

Postanie demonów

Postacie Bogów
Zaraz za bramą buszują radośnie małpki dokarmiane bananami przez turystów. Banany można oczywiście kupić u pani z obwoźnym straganikem. Małpki te są już tak przyzwyczajone ze obieraja sobie banana gryza raz albo dwa i wyrzucają.

Małpki w Angkor

Angkor Thom

Dochodzimy wreszcie do Angkor Thom. Świątynia Bayon jest już całkiem inna niż rozreklamowany Angkor Wat. Wszystko było by super gdyby nie wszędobylskie dzieci które to są mistrzami wnawiązywaniu kontaktów i wyciagniecia paru groszy od turystów. Nawet próba mówienia do nich po polsku, że po angielsku nierozumiemy ich nie zniechecała.

Anghor Thom

Żeźby - Anghor Thom

Anghor Thom

Anghor Thom
Na koniec obeszliśmy cały Thom, poopędzaliśmy się od dzeci i po zmroku wkroczyliśmy ponownie w świątynie Bayon. Nocą robi super wrażenie, jakby się oglądało Indiana Jonesa w 3D. Wracając liczyliśmy, że napotkamy jakiegoś tuk tyka jednak jak na złość żadnego nie było. Z braku tuktuka i skuter dobry pomyśleliśmy i postanowiliśmy przetestować czy lokalny motorek pociągnie kierowcę , średniej wagi europejkę i 100kg chłopa. Dał radę :-)

W drogę do Siem Reap

Poranny Phnom Penh

Dzisiaj od rana zwiedzamy Phnom Penh. Najpierw udajemy się do Wat Phnom by zobaczyć to co poprzedniego wieczora było tylko ciemna plamą. Rano jest już tutaj dużo ludzi i masa lokalnych atrakcji. Przed świątynia mała dziewczynka dokarmiala słonia bananami
Phnom Penh - u nas niedźwiedź u nich słoń
My udajemy się schodami w gore gdzie lokalni handlarze oferują sprzedaż ptaszka by wypuścić go „na szczęście”. Jednak krakowskie sknerstwo szybko zareagowało i czym prędzej spławiamy ptasznika.
W okolicy świątyni baraszkowaly sobie wesołe małpki

Phnom Penh - baraszkujące małpki.

Po Wat Phnom udajemy się w kierunku pałacu królewskiego i Srebrnej Pagody (nazwa pochodzi od srebrnych płytek podłogowych którymi wyłożona jest pagoda). Gdyby ktoś tak dla lansiku chciał sobie taką strzelić w domu to trzeba dobry klej bo strasznie słabo się trzyma.

Phnom Penh - pałac królewski

Phnom Penh - podłoga w Srebrnej Pagodzie
W samym Phnom Penh do zobaczenia pozostały już tylko pola śmierci ale to zostawiamy sobie na kolejny raz. Na koniec kupujemy bilety do Siem Reap. Konkurencja wymusza ulatwianie klientom podróży jak się tylko da, przy zakupie biletu podaje się numer guesthouse i o umówionej godzinie podjezdża tuk tuk by nas zabrać i odstawić pod autobus.

W drodze to Siem Reap.

Autobus jedzie szumnie nazwana „National Highway” nr 6. Jednak jej standard sięga naszych zapomnianych dróg lokalnych którymi chłopi wożą drzewo z lasu. Jedyny plus ze czasami był asfalt.

Kambodża - national highway (główna krajowa)
Tłukliśmy się tak z 7 godzin z dwoma przystankami u zaprzyjaźnionych garkuchni aż w końcu docieramy do celu. Na koniec jeszcze lokalna obiado-kolacja dzisiaj krewetki z wieprzowinka w sosie miętowo-cebulowy razem z jakimiś algami smazonymi w tluszczu.

Kambodźa - kolacja
Po takiej kolacji to najlepiej ją czymś zalać, nabyłem więc lokalne piwo palmowe które w smaku przypomina naszego jabola dzień po zabutelkowaniu – no pić się nie da.

Jutro ruszamy na Angkor czas wreszcie coś pozwiedzac konkretnego.

Kambodża

Bongkok

Dzisiaj trochę się nam przysnęło. Jednak zmiana czasu nie wpływa najlepiej na aktywność turystyczna. Po pobudce szybkie pakowanko i rura na lotnisko.
Nasz samolot lini AirAsia przybył punktualnie. Na lotnisku ujrzeliśmy ciekawe zjawisko- w postaci jakiś całych grup/ wycieczek z wózkami telewizorów 40″.

Phnom Penh

Dolatujemy do Phnom Penh. Na lotnisku zamieszanie z wizami ale udaje się wydostac. Przy wyjściu czeka na nas już ekipa tuktuk-driverow którzy tylko czychaja na swoje ofiary. Sami tez padamy ofiara takiego tuktukowca jest to jedyny możliwy środek lokomocji z tego lotniska, albo tak skrzętnie ukrywają inne.
Kierowca jest w pełni przygotowany na nasze argumenty cenowe wyciąga jakaś karteczke która rzekomo potwierdza autentyczność i odgórnie ustala cenę. Przystajemy, pokazujemy mu adres który nas interesuje i ruszamy w drogę. Na ulicy królują tuktuki, skutery, Land Cruisery i Lexusy. Ilośc osób jaka może przyjąć tutejszy skuter ogranicza tylko fantazja. Wozi się wszystko i wszystkich.

Kambodża - rodzina na skuterze

Dojezdzamy do tzw celu, okazuje się ze nasz kierowca wykazał się inwencja i zawiózł nas na 110 (taka nazwa ulicy) zamiast na 93cią i oczywiście napadla nas jego ekipa z oferta noclegu. Sam kierowca stwierdził ze udzieli sobie podwyżki i nie wyda nam jedengo dolara za kurs. Po długiej walce udaje się wydostac z tuktuka i odzyskać dolara.
Ruszamy dalej przed siebie „z buta” w poszukiwaniu noclegu. Przy jednym z guesthouseow spotykamy przyjaznego tubylca który pomaga nam się odnaleźć. I po piętnastu minutach mamy już nocleg (bez karaluchow, ale z niekonserwowana klimatyzacja przyp. Justyna).
Zostawiamy bambetle i idziemy zwiedzać. Phnom Penh wieczorem to istna ciemnica, nikt tu nic nIe oswietla. Światłości doznajemy dopiero po dojściu nad rzekę Tonle Sap i podczas spaceru wzdłuż uliczki lokali gastronomiczno masażowych. Tak wędrujemy aż pod wejście pałacu królewskiego i na tym kończymy dzisiejsze zwiedzanie.

Phnom Penh - pałac królewski nocą

Na wschód tam musi być jakaś cywilizacja

Kijów o poranku

O ósmej rano wstajemy i robimy drugie podejście do zwiedzania Kijowa. Rano okazuje się ze jest to zupełnie inne miasto niż to które oglądaliśmy wczoraj. Rano wszystki służby porządkowe uprzatnely syf po imprezie a wieczorem byl jak po juwenaliach na miasteczku. Udało nam się odnaleźć owe cerkwie ze złotymi kopulami.

Kijów - cerkiew
Zwiedzilismy tez taka trochę nowoczesna cześć która to poleciła nam sąsiadka z samolotu. Tam tez Justyna znalazła sobie nowego zająca.

Na lotnisko

Obeznani w Kijowie ruszamy metrem na Kharkowska skąd zabiera nas 322 na lotnisko. Cena za autobus to 40 za dwie osoby. Ciekawosta jest ze taki ruch na lini Kijów – Bangkok. Samolot zapchany na maksa a nie należy do najmniejszych.

Bardzo długa doba

W Bangkoku wyladowalismy o trzeciej w nocy czasu lokalnego czyli coś w okolicach 22giej czasu polskiego. Jest to pora kiedy pojawiają się pierwsze moje oznaki zakończenia dnia, a tu dzień się ma już zaczac. Na lotnisku zalatwiamy wizę wjazdowa, czekając na jej wbicie do paszportu miło spędzamy czas do piątej.

Piąta i co dalej

Wizę mamy, plecaki tez dolecialy co tu dalej robić jak się człowiekowi spać chce. Justyna wzięła się za studiowanie informacji o połączeniach a ja rozgladam się po lotnisku. Masa ludzi śpi gdzie tylko się da a mi po głowie chodzi tylko jedna myśl by się położyć na godzinke. Znalazłem bardzo fajne miejsce pod schodami na poziom B1 gdzie rozkladamy maty i oddajemy się w ramiona morfeusza na jakaś godzinke.

Bo nowy dzień wstaje ….

Koniec leniuchowania, jedziemy do centrum. Wychodzimy z lotniska a tu jak by nas ktoś obuchem trzasnał taki gorącz. Wracam wiec spowrotem. Z poziomu B1 odjeżdża pociąg do miasta którym to zabieramy się do najbliższej stacji metra. Dojście do metra wymaga przekroczenia ulicy co wydawałoby się niczym specjalnym ale nie w Bangkoku. Tutaj pieszy ma chyba najmniejszy priorytet na drodze. Na szczęście paru tubylcow tez musi wykonać ten manewr wiec korzystamy z ich doświadczenia.

Chinatown

Zwiedzanie rozpoczynamy od chinatown. Gdyby ktoś zapytał mnie teraz od czego zaczac to powiedział bym „byle nie od chinatown”. Ciasno, brudno ze już o lokalnym zapaszku nie wspomnę (do których jednak można szybko przywyknac). Pierwsze kroki skierowaliśmy na dworzec Hua Lamphong który to ma być przykładem wyszukanej włoskiej architektury XIXw. Dalej przez chinatown ruszamy do Wat Traimit (XIII w) gdzie jest posag złotego buddy. Posąg ma wysokość 3m i waży 5t i najprawdopodobniej jest odlany z litego złota.

Świątynia Wat Traimit Złoty Budda

Zwiedzanie zwiedzaniem a ja czuje się jak prosiak na różnie tak tu gorąco. Zaczynamy powoli myśleć o noclegu bo chodzić z worami w tym upale nie jest łatwo. Nocleg znaleźliśmy tez w chinatown a dojazd do niego był pierwsza wyprawa tuk tukiem. Tu nadmienie ze przed wylotem nie raz czytałem ze Bangkok najłatwiej zwiedzić tuk tukiem jednak patrząc na mapę uważałem ze takie odległości to spokojnie można przejść – dzisiaj zrozumiałem w jak dużym błędzie byłem.

Wreszcie prysznic

Po spacerze w tym upale nie myśleliśmy o niczym inny jak o prysznicu i krótkiej drzemce. Dlatego tez były to pierwsze czynności jakie wykonaliśmy po zameldowaniu się. Drzemką przyplcilismy to ze większość obiektów do zwiedzenia została zamknięta, ale dzięki temu doswiadczylismy naganiactwa kierowców tuk tukow którzy z miła chęcią wszędzie nas zawioza jeśli oczywiście wstapimy do …. np. znajomego jubilera, jeżeli nie to cena jest dużo wyższa (można się targowac)

Ruszylismy w miasto i obeszlismy „z buta” niezły kawał, po którym stwierdzam ze właśnie chinatown jest najgorszym miejscem by zaczac zwiedzanie bo pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Przy okazji zakosztowalismy tajskiej kury z orzeszkami i omleta z rzodkiewka. Nasze knajpy „chińskie” powinny przyjeżdżać regularnie na nauki tutaj ale bez sanepidu, bo gdyby nasz sanepid tu przyjechał to musieli by zamknąć chyba wszystkie knajpy.

Bangkok - jedzenie

Na dzisiaj tyle. Cały ten post pisany jest przy lokalnym piwku singha któremu to może daleko do tyskiego ale złe nie jest. Dobrze ze chociaż informacja o tym ze nie jest to bezalkoholowe jest nie-robaczkami.

Bagkok - browarek Bagkok - browarek

Jutro ruszamy do Kambodży wiec nie wiadomo czy uda się nam tam znaleźć jakies wifi by podzielić się wiescmi z indochin.

No i na koniec jeszcze dwa zdjęcia

Bangkok - Pagoda Bangkok nocą

Ruszamy – Kijów

Dotarliśmy do Kijowa. Dzisiaj o godzinie 16.40 mieliśmy opuścić krakowskie Balice jednak nasz przewoźnik postanowił zrobić mały oblot po Polsce i pozbierać ludzi. Tym sposobem dotarlismy do Kijowa z lekkim opóźnieniem.
Po opuszczeniu terminala napadli na nas lokalni taksówkarze. Coś prawie jak w zakopcu na dworcu PKS, cieżko się było odgonic. Proponowana przez nich cena to 100 hrywien za kurs do Kijowa, udało się nam odgonic i pojechać lokalnym autobusem lini 322 za 40 hrywien.
Pierwszy przystanek w Kijowie i widać stacje metra. Tutaj tez wysiedlismy i zakupiwszy dwa zetony 2 hrywny sztuka udalismy się w stronę naszego noclegu.

Kijów

Wychodzimy z metra i już ciemno. Wychodzi na to ze nie jest tu znane oświetlenie uliczne i przez uliczki trzeba brnac w ciemnościach jak przez las w nocy. Dotarlismy do Yaroslawskiej 10 gdzie miał mieścić się nasz nocleg – a tu nic nie ma :-)
Hostel odkrylismy po głębszej analizie drozki na podwórko miedzy kamienicami.

Zwiedzamy miasto.

Zostawiliśmy bagaże i ruszylismy pozwiedzac miasto. Dzisiaj odbywała się tu jakaś niezła impreza bo ludu co niemiara. Nie chcąc się wybijac z tłumu kupiliśmy piwko i ruszylismy w miasto. Ludu od groma a my wciąż szukamy tych cerkwi z złotymi kopulami. Po paru godzinach marszu ciemnymi uliczkami dajemy sobie spokój. Może uda się jutro. Cerkwie dwie znaleźliśmy ale jakies takie nijakie wszędzie tylko mlodzierz raczca się mnie lub bardziej wyskokowym trunkiem.

Jutro o 14 opuszczamy Kijów i ruszamy dalej. Może rano uda się coś jeszcze zobaczyć. Zdjęć żadnych dzisiaj nie ma bo wszystkie kable poleciały do Bangkoku :-)

Jak to Dubaj w Bangkok się przerodził

Co ma Dubaj wspólnego z Bangkokiem – to pytanie nasunęło się pewnie nie jednej osobie czytając tytuł. Wyobraźmy sobie że przenosimy się w czasie do dnia 13 kwietnia roku pańskiego 2011, poranna pracownicza kawa i lekkie rozmowy o implementacji konwersji YUV na RGB dla procesora ARM przeplatane luźnymi watkami z życia a do tego  Piotrek opowiada o wizycie rodziców w Dubaju, wot taka kawa programistów.

Okazuje się, że jest bardzo fajne połączenie z Krakowa do Dubaju przez Kijów ukraińskimi liniami lotniczymi.
W mojej głowie zakiełkował pomysł odwiedzenia Dubaju, który to zawsze miałem ochotę obejrzeć. Tegoż dnia sprawdziłem możliwe połączenia lotnicze i podczas obiadu przedstawiłem plan Justynie. Wypad miał być szybki i bezkolizyjny czyli weekendowy. Dwa dni w Dubaju miały w zupełności wystarczyć by zobaczyć jak wygląda dzisiejsze „Top Blokowisko”.

Zakup biletów

Przy okazji kupna biletów, obejrzałem mapę lotów czy aby nie ma jakiegoś tańszego połączenia. Na mapie tanich lotów w oczy rzuciła się plama (co prawda daleko od Dubaju) taniego miejsca docelowego i to był właśnie Bangkok (podobne ceny były również do Chicago i innych mniej atrakcyjnych miejscowości). Tajlandia …. hmm może to też dobre miejsce żeby zrobić sobie późnowiosenny urlop.
Justyna przyjęła pomysł wymiany Dubaju na  Tajlandię z aprobatą, oboje byliśmy zgodni, że Tajlandia z Kambodża są dużo bardziej atrakcyjne niż Dubaj. Wtedy przez myśl przebiegła mi scena z „Alternatywy 4” gdy to Balcerkowa zapytana czy podoba jej się nowie mieszkanie odpowiedziała: „jak człowiek całe życie mieszkał w mieście, to się na wieś w życiu nie wyprowadzi!”. Tak i u nas – jak człowiek całe życie w dzicz ucieka to na urlop do miasta nie pojedzie. Tak też zrodził się plan wyjazdu na półwysep indochiński.

Co dalej ?

Bilety kupione. W składzie ja i Justyna w niedziele popołudnie 29 maja  opuszczamy Kraków i udajemy się do Kijowa, z Kijowa do Bangkoku i tam rozpoczynamy przygodę tajlandzko – kambodżcką. Plan jak na razie jest mocno rozmyty i wyklaruje się jak zwykle „w praniu”.

Relacja

Wszystkich zainteresowanych naszymi przygodami na półwyspie Indochinskim zapraszam do odwiedzania tej strony, gdzie w miarę możliwości technicznych będziemy starać się dzielić tym co nas tam spotka.

Stromboli zdobyte!

Stan licznika: 76365

Prolog

Gdy w styczniu pierwszy raz zwiedzając Sycylię nie udało się nam wypłynąć na Stromboli czułem lekki niedosyt. Wiedziałem, że szybko tu nie wrócę bo Ci co mnie znają wiedzą, że nie gustuję w krajach południowych. Nie sądziłem wtedy jak bardzo się mylę. Rok 2010 okazał się rokiem „w cieniu mafijnej wyspy”- na jej lądzie stanąłem trzy razy – bo jak mówi stare polskie przysłowie „do trzech razy sztuka”.

Ale od początku. Wszystko zaczęło się od spotkania z Beatą i zanęcenia idei wyjazdu na Stromboli. Gdy ją wtedy namawialiśmy nie sądziliśmy, że padło na tak podatny grunt. Beta namówiła Benka i takim też składem postanowiliśmy wyruszyć zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Cel Stromboli – a dokładnie jego wspaniałe widowisko.

Wszystko ugadane trzeba ustalić jeszcze plan z naszymi pociechami. Nie chcąc uchodzić za tyranów daliśmy im wybór: jadą z nami, oni do babci my na wyjazd, oni do babci my do pracy. Ku naszej uciesze pierwszą odpowiedzią było „my do babci wy na wulkan”. ale już po jakimś czasie (ok 10 min) gdy przedumali sprawę stwierdzili, że oni do babci a my do pracy :-)

Ruszamy

Święta Bożego Narodzenia minęły szybko i nadszedł dzień wyjazdu. Ty razem startujemy z podkarpacia, przez Słowację, Austrię i Włochy. Droga chociaż długawa minęła dość szybko i bez konfliktowo – jak to już mamy w zwyczaju wieczorem dojechaliśmy do Villa San Giovanni gdzie zakupiliśmy bilety na prom do Messine, z Messine ruszyliśmy od Milazzo zatrzymując się po drodze w celu zakupu lokalnego winka i paru browarków.

Milazzo.

Zjeżdżamy do Milazzo – czuję się tu już prawie jak tubylec. W tym roku w tatrach nie byłem tyle razy co w tym mieście. Udajemy się od razu do miejsca gdzie zawsze zostawiamy samochód i co ciekawe miejsce znów puste – albo jakieś lewe albo wszyscy się tu boją zatrzymywać.

Plan jest taki: kupujemy bilety na jutro rano i szukamy jakiegoś campu gdzie można by przed namiotem oddać się przyjemności spożycia złocistego napoju przy okazji miłych rozmów. Jak to zwykle w życiu bywa plan to sobie można … planować a realia i tak nie muszą się z nim pokrywać.Biletów niestety nie udało się nam kupić ale w informacji linii promowej dowiadujemy się, że prom faktycznie jutro wypłynie i o poranku na spokojnie bilety możemy kupić. Miła pani nie potrafiła nam tylko wytłumaczyć jak dojechać do campingu ale wskazała kiosk z mapami.

Obadaliśmy mapy i ruszamy na poszukiwania campingów które wg. mapy powinny znajdować się na samym końcu cypelka na którym leży Milazzo. Po długiej jeździe udało się znaleźć camping jednak zamknięty. Jakoś tak wszyscy chyba postanowili zabalować przed sylwestrem zamiast przyjmować wspaniałych turystów z Europy centralnej.

„Trochę lipa” pomyśleliśmy, ale nie zrażając się zaczęliśmy poszukiwania jakiegokolwiek noclegu. Nasz patent na spanie w samochodzie sprawdza się idealnie gdy ruszamy z dziećmi ale czwórka ludzi w kwiecie wieku to już ciężko upchnąć w takim pojeździe. Po długich poszukiwaniach trafiliśmy do przemiłego pana który to w ramach B&B miał kwaterki „na górce”.

Ruszyłem z Benkiem negocjować ceny. Przemiły pan po krótkiej rozmowie zaczął się nam dziwnie przyglądać i dopytywać czy oby z nami są jakieś kobiety, ale gdy już się dowiedział, że są bezproblemowo zaoferował nam lokum. Wieczór minął szybko przy winku, piwku i pogaduszkach. Ustaliliśmy też wstępny plan działania, który i tak rano został zmieniony i zweryfikowany.

Promem na Stromboli

Prom wypływa rano, więc i my musieliśmy się zebrać skoro świt. Szybkie pakowanie, włoskie śniadanie, zakup biletów, pozostawienie samochodu w tradycyjnym miejscu (choć z lekką obawą) i płyniemy. Na promie okazuje się, że razem z nami płynie jeszcze szóstka polaków. Wodolot z Milazzo do Stromboli zatrzymuje się przy każdej wyspie liparyjskiej więc podróż się ciągnie (można było odespać). W końcu dopływamy. Stajemy na lądzie i po chwili czujemy się jak na przystanku PKSu w Zakopanym. Z każdej strony noclegowi naganiacze.

Stromboli

Plan jest taki: Ja z Justyną ruszamy na górę i tam śpimy. Beata z Benkiem poznają tubylców, szukają noclegu „jak ludzie” i zostają na rekonesans wyspy. Nie chcąc tracić czasu zostawiamy B&B (Beatę i Benka) w porcie a sami ruszamy na górę.

Trasa nasza wiedzie przez Sciara del Fuoco – zboczę po którym najczęściej spływa lawa do morza. Idziemy wąskimi uliczki którymi tubylcy śmigają zawrotną prędkością swoimi trójkołowymi pojazdami, aż wreszcie mijamy osadę i dalej nasza ścieżka biegnie w poprzek ponad dwumetrowej trzciny. Tutaj też pierwszy przystanek na porządne śniadanie połączone z obiadem oraz przepakowanie.
Ruszamy dalej, ścieżka to typowe serpentyny wiec kluczymy to w lewo to w prawo – obracamy się i widzimy, że jakieś dwie osoby idą również tą trasą – jak się później okazało byla to druga część naszej grupy czyli B&B. Po połączeniu sił ruszamy razem w stronę platformy widokowej.

Stromboli - uliczka wzdłuż wybrzeża

Sciara del Fuoco

Dotarliśmy do „pukntu widokowego” z którego można podziwiać aktywaność Stromboli. Tutaj też słyszymy pierwsze pomruki i chrząkniecia wulkanu.

Sciara del Fuoca - droga którą spływa lawa

Widoki może mało atrakcyjne ale dają już pewną namiastkę tego co będzie można zobaczyć na górze. Po wspólnym pamiątkowym zdjęciu rozstajemy się i ruszamy w górę. Droga najpierw wiedzie  przez gąszcze traw i zarośli, z czasem im wyżej tym wiecej piasku wulkanicznego skutecznie utrudniającego marsz. Kluczmy na to na lewo, to na prawo aż w końcu udaje nam się dotrzeć na samą górę. Na górę dotarliśmy od wschodniej strony krateru.

Na szczycie.

Wulkan dymi tak że nic nie widać. Na szczycie poza nami jest jakas grupa w północnych schronach (takie betonowe przystanki autobusowe) oraz dochodzi ekipa francuzów goniąc nas naszą trasą. Szybki posiłek i ruszamy wyżej by obejrzeć te wstapaniłe widoki znane nam z relacji innych. Wyżej jest już tylko piękniej. Okazuje się, że krater widziany od strony Sciara del Fuoco to taki co lubi sobie podymić a za nim jest jeszcze jeden co wali bez ogródek :)
Podchodzę bliżej i przymierzam się do zdjęcia aż tu nagle jak nie dupnie … nogi to mi się zrobiły jak z galarety – wziął mnie z zaskoczenia. Na kolejne wybuchy byłem już przygotowany ale ten pierwszy to mnie równo z nóg zwalił. Po serii fotograficznej i obejrzeniu jeszcze paru spektakularnych erupcji postanawiamy zejść w stronę północnych schronów i poszukać miejsca do spania.

stromboli-w-akcji

Od strony północnej uraczyliśmy się kolacją z snickersa i wody, obejrzeliśmy jeszcze parę ładnych wystrzałów i poszliśmy spać. Co ciekawe wulkan poszedł spać razem z nami i tylko od czasu do czasu sobie „chrapnął” jak chłop po żniwach. Niestety nie byłem do końca zadowolony  zdjęć bo co ustawiłem aparat na długą ekspozycję to wulkan sie uspokajał. Jak tylko migawka się zamknęła i aparat przetwarzał dane to wulkan dawał do wiwatu. Wot taki buntownik co to się fotografować nie lubi.
Noc minęła całkiem przyjemnie pomimo spania na kamieniach. Wstaliśmy o 7mej i ruszyliśmy w dół.

Na dole znów połączyliśmy siły i ruszyliśmy na plażę by usiąść przy wspólnym obiedzie, przy okazji wysłuchaliśmy kilku ciekawych historii jakie B&B wyciągnęli od tubylców. Po obiedzie spacer po plaży a później już tylko wodolot i … postanowiliśmy zawadzić jeszcze o Vulcano by skorzystać z siarkowych kąpieli.

Epilog

Po wymoczeniu się w siarce i powdychaniu śmierdzących oparów wróciliśmy na Sycylię. Na koniec zabraliśmy B&B na Etnę by pokazać im największy okoliczny wulkan a wieczorem spotkanie przy winkach i piwkach. Zbliża się sylwester a my musimy wracać do Polski. Noc w którą cały świat baluje spędziliśmy w samochodzie a północ zastała nas na stacji benzynowej w okolicy Neapolu. Polska przywitała nas śnieżycą, a nieodśnieżone drogi podkarpacia mocno poplić na ostatnich kilometrach

A dla zainteresowanych zapraszam do obejrzenia galerii z wyjazdu:

Nawet Carabinieri maja malowaną wizytówkę
Nawet Carabinieri maja malowaną wizytówkę

Stan licznika: 81749

Sylwestrowe wspomnienia

Powoli kończy się rok 2010 a razem z nim czas zamknąć rozdział rozbijania się po świecie (w tym roku oczywiście), skompletować zdjęcia i przekazać tym którzy jeszcze ich nie widzieli. Podsumowanie rozpoczynamy  wydarzeniami które rozpoczęły rok 2010. W dzisiejszym odcinku:

Sylwester w cieniu Etny.

Rok temu przeglądając książkę „Ostatnie dzikie miejsca w Europie” zatrzymałem się na rozdziale gdzie pokazana była Etna. To tylko 2000 km pomyślałem, dlaczego by nie wyskoczyć przy najbliższej okazji.

Zacząłem działać opowiadając Justynie o walorach wejścia na wulkany. Justyna za bardzo nie oponowała i tak też zapadła decyzja – ruszamy po świętach Bożego Narodzenia.

Przy okazji wejścia na Etnę postanowiliśmy zwiedzić Sycylię na tyle na ile pozwolił nam na to czas (nie sądziliśmy, że jeszcze tego samego roku staniemy po raz kolejny na tej wyspie – patrz: poprzedni wpis).
Plan wyjazdu był jak zwykle mocno rozmyty, wiedzieliśmy tylko że chcemy wejść na wulkan a co wyjdzie to pokaże czas. Finalnie zwiedziliśmy jeszcze Syracuzy, Agrigento, Vulcano, podjedliśmy pomarańczy prosto z drzewa i pochlapaliśmy się w wulkanicznych błotach.

Dla wszystkich którzy sa zainteresowani okresem przełomu roku na Sycyli polecam poniższą galerię wyjazdową

Etna

2:0 dla Stromboli

Stan licznika przed wyjazdem: 68387.

Jak to mawiała moja babcia: „jak nie urok to sraczka”. Drugie podejście do Stromboli zakończone fiaskiem. Tym razem ulewne deszcze na Sycylii uniemożliwiły przedostanie się na wulkan. Cytując PAP: „Poważna sytuacja panuje także w Kalabrii na południu Włoch. W Vallomeno 4-osobowa rodzina uratowała się wchodząc na dach zalewanego przez strumień domu. W Mesynie na Sycylii zalane są drogi i autostrada prowadząca do Palermo.

Tak by to wyglądało w wielkim skrócie, a jak było naprawdę. Droga na południe była deszczowa, dopiero w okolicach Neapolu pojawiło się słońce, a razem z nim nasze morale wzrosły. Dobrze, że pogoda poprawiła się właśnie w tych okolicach, gdyż nauczeni doświadczeniem poprzedniego wyjazdu wiedzieliśmy że za Neapolem jest już tylko gorzej :) – tzn autostrada się kończy a zaczynają się roboty drogowe.

Zapchani typowo włoską pizzą i upojeni rewelacyjnym espresso ruszamy w stronie Villa San Giovanni skąd mamy zamiar popłynąć na Sycylię. Droga pomimo wykonywanych na niej robotach przebiega dość spokojnie jednak znów zaczynają nadciągać czarne chmury. Udaje się, wieczorem, coś w okolicach 19 kupujemy bilet na prom do Messine – a to oznacza już tylko, że dzisiaj staniemy / wjedziemy na ląd Sycylii.

Stoimy w kolejce do promu, zjeżdżające samochody są podejrzanie mokre, jednak tłumaczymy to sobie chlapiącą wodą i innymi anomaliami podczas przeprawy promowej. W końcu po 30min oczekiwania wjeżdżamy na prom. Obok nas parkuje autobus, a przez otwarte okno słyszymy ostrzeżenie żeby pozamykać wszystkie drzwi i okna bo może chlapać.

Płyniemy, ostatni raz taki sztorm przeżyłem płynąc z Lofotów w Norwegii. Gdy pierwsza fala wlała się na pokład, a zarazem do naszego samochodu (przez uchylone okna) stwierdziliśmy, że to właśnie takie fale musiały być powodem przez który wszystkie wyjeżdżające samochody były mokre.

Zjeżdżamy w Messine. Nasze „tłumaczenie mokrości” zostaje bardzo szybko skorygowane lokalną ulewą. Nie zbaczając na niesprzyjające warunki i nauczeni doświadczeniem jazdy po Sycylii ruszamy z impetem w stronę autostrady która doprowadzi nas do Milazzo skąd wypłyniemy na Stromboli.

Droga do Milazzo była drogą przez mękę. Nie dość, że ciemno to lało, że świata widać nie było, ale się udało zjechaliśmy do portu i o dziwo zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie parkowaliśmy poprzednio. Tu spędzimy noc.

Przez całą noc deszcz nie przestawał padać, a jedynie grzmoty burzy przerywały ciągłe uderzanie kropel deszczu o samochód. Poranek wita nas ulewą. Nie da się nawet wyjść i zagotować wody na herbatkę. Zjadamy śniadanie i sprawdzamy pogodę. Okazuje się, że taki stan ma się tu utrzymać przez najbliższy tydzień.

Po śniadaniu zapada decyzja o powrocie. Szybkie przepakowanie i wyjeżdżamy z naszej „zatoczki”. Okazuje się, że jazda drogą to przeprawa jak przez strumyk. Woda na ulicy wysokości 10cm, co lepsze za rogiem widzimy samochody zalane „w pół”.

Wyjazd z miasta utrudniają tubylcy jeżdżący „pod prąd” uliczkami jednokierunkowymi, ale każdy ratuje się jak może. W końcu udało się nam wydostać i ruszamy na autostradę.

Sycylia - na drodze deszczowo

Autostrada okazała się być zalana oraz przywalona drzewami i błotem. Jazda ograniczała się co najwyżej do 60km/h – nie ma to jak słoneczna Sycylia :)

Sycylia - ruch na autostradzie lekko utrudniony

Tak wyglądała jazda autostradą:

W końcu udało się. Dojechaliśmy do Messine i wjechaliśmy na prom. Tutaj znów buja a radosny Włoch który zaparkował koło nas nie zaciągnął ręcznego i jego samochód jeździł sobie swobodnie po promie (jak w piosence „na lewo na prawo, w górę i w dół”) obijając sąsiadujące samochody. Na szczęście nas jakoś ominął.

Powrót. Wulkan znów z nami wygrał jednak była to tylko kolejna bitwa. Wojnę mam nadzieję wygramy my. Z lekkim rozczarowaniem kierujemy się w stronę powrotną. Przy okazji zajeżdżamy zobaczyć Pompeje i Wezuwiusz, których nie udało się odwiedzić podczas poprzedniej wizyty w tym rejonie.

Dla zainteresowanych załączam parę zdjęć z tegoż wyjazdu:

Stan licznika po powrocie: 73026.